14
Lut
2016
10

Z cyklu ➡ KIEDY MIAŁAM ZIELONE POJĘCIE O ĆWICZENIACH, ZDROWYM ODŻYWIANIU I DIECIE! 🍌🍎🍉

Chyba każdy się ze mną zgodzi, że najlepiej uczymy się na swoich błędach. Nie na cudzych – na swoich. I wiecie co? Miło jest z perspektywy czasu zobaczyć, jak bardzo nasze myślenie, zwyczaje, nawyki się zmieniają. Jak wiele się uczymy, jak bardzo posuwamy się na przód. Jak wiele zmieniamy. Jak wiele z naszego życia wyrzucamy.


Nigdy nie byłam osobą, która słowo DIETA tolerowała w swoim życiu – bo takowych po prostu nigdy nie stosowałam. Wszystkie diety cud, typu – Dunkan, dieta Kwaśniewskiego,  itp. itd., były mi kompletnie obce i totalnie mnie nie kręciły. Ja bym na takiej gotowej i restrykcyjnej diecie po prostu nie wytrzymała! No i.. po co mi gotowe diety, kiedy ja sama sobie układałam swój jadłospis w dosyć ciekawy i hmmm…oryginalny sposób. Oryginalny to adekwatne słowo – bo to co czasami przychodziło mi do głowy, przekraczało wszelkie normy normalności. Potraktujcie proszę dalszą część tego posta, z lekkim przymrużeniem oka – bo nabijam się sama z siebie! I mogę 😀 Bo do tego, co było kiedyś i co kiedyś robiłam, już nie wrócę. Nigdy.


Miałam w swojej dietowej karierze różne fazy. Generalnie nie lubiłam się zbytnio wysilać i deliberować nad tym, co wcinam w ciągu dnia, więc wcinałam co popadnie. Ale czasami trafiały mi się fazy (chwilowe oczywiście), typu „EV odchudzasz się!”. Co się wtedy działo? Masa głupot i błędów, które wtedy popełniałam, a z których śmieję się dzisiaj pełną gębą. Kolejny raz sobie uświadamiając ile daje doświadczenie i rozwój.

Co ja takiego wyprawiałam? Sięgając pamięcią dużo wstecz – sporo

Pamiętam, że kilka lat temu, w wakacje (jakoś w 2009 roku), kiedy to czasu miałam całkiem sporo, a pomysłów jeszcze więcej, postanowiłam COŚ zmienić w swoim życiu – czyt. zacząć się odchudzać. Nie miałam pojęcia, czym jest zdrowe odżywianie. Nie wiedziałam, co oznacza dla mnie jedzenie złego żarełka, a jedzenie zdrowego. Nie miałam w ogóle takiej odmiany w swoim słowniku. I nie za bardzo to mi przeszkadzało. Życie się toczyło, ja problemów ze zdrowiem nie miałam (a przynajmniej tak przypuszczałam, bo też rzadko korzystałam z chociażby standardowych lekarskich badań).

A zatem – wakacje – zmiany – Ev bierze się w garść. Na plan wchodzi..uwaga..rowerek stacjonarny. Wiele godzin na rowerku stacjonarnym. No co, takie rowerki są całkiem fajne. O ile nie zapierdziela się na nich trzech godzin pod rząd. Mając włączone przed nosem „Pamiętniki wampirów„, można sobie jeździć do woli – a jeżeli tempo można porównać, do tempa żółwiego, to już w ogóle można siedzieć i pedałować, nie męcząc się przy tym prawie w ogóle – cudowna aktywność. I jaka pożyteczna, bo nie dość, że ćwiczymy, to jeszcze dopieszczamy swoje mózgi dawką dobrej serialowej rozrywki. Jeżeli do tego dodamy zastrzyk energii, w postaci super zdrowej diety, to już w ogóle jest raj. Jaką dietę wtedy stosowałam? Pamiętam, że.. przez cały dzień potrafiłam wpierniczać paprykę na przemian z pomidorami. Tak. Jeździłam na rowerku, po kilka godzin dziennie, wpierniczałam pomidory i paprykę. Jak zdrowo. Tylko na koniec pewnego dnia po tym maratonie tak mnie zemdliło, że.. zrezygnowałam ze swoich szalonych postanowień.

Dieta pomidorowo-paprykowa poszła więc w odstawkę. Kolejnym super wymyślnym pomysłem, na który wpadłam, było używanie, urządzeń, które hipotetycznie same miały rzeźbić kaloryfer na brzuchu, podnosić tyłek i spalać tłuszcz. A przynajmniej tak twierdziła telewizja i reklamy w niej zawarte. Pamiętam, że byłam w posiadaniu dwóch tych niezwykle cudownych urządzeń. Jedno było typowo przystosowane do rzeźbienia brzucha, drugie do rozbijania tłuszczu. Byłam absolutnie pewna tego, że to mi pomoże. Bo jakby mogło nie pomóc, skoro reklamy zapewniają, że te urządzenia działają cuda! Ja się nie zmęczę, nie ruszę się z łóżka, będę mogła leżeć z książką i czytać, a robota będzie robiła się sama. Jakie były efekty? Takie, że jednego z urządzeń, nie dało się w ogóle włączyć. A drugiego używałam przez jakieś dwa tygodnie. Potem poszedł sobie w kąt.

Postanowiłam więc, zaangażować swoje własne moce. Jakiś czas później wpadłam na świetny pomysł, aby ćwiczyć. Co dla mnie wtedy oznaczało ćwiczenie? Napewno, nie to co teraz. Byłam w posiadaniu ciężarków o mocy 0,5 kg. Potrafiłam nimi całkiem sprawnie machać i pompować bicepsa. Najpierw jednego, potem drugiego – nigdy dwóch rąk na raz. Po co komu jakaś logika – zero wyliczeń powtórzeń, zero rozpisanych serii ćwiczeń, zero różnorodności ćwiczeń. Po prostu Ev siadała (przed laptopem) i machała ręką z ciężarkiem tyle, ile owa ręka zniosła. Do tego doszły też brzuszki. Potrafiłam robić serię 100 brzuszków przed snem. I nic w tym złego, bo brzuszki to super sprawa. Tylko, jak się myśli, że seria 100 brzuszków na koniec dnia, spali wszystkie jego kaloriowe grzechy, a do tego po kilku dniach wyrzeźbi kratę, to.. to chyba już logiczne nie jest. Tak, byłam jedną z tych, które myślały, że zwykłe podstawowe brzuszki, potrafią zrobić z kobiecego ciała ciało fitness modelki. Jak się domyślacie, to mi też równie szybko przeszło. Ambitnie zakończyłam swoją przygodę z odchudzaniem.

Do czasu, aż jakieś dwa lata później usłyszałam o Ewce Chodakowskiej i jej „Skalpelu”, czyli chyba pierwszym treningu autorskim, który wydała na płycie. Pomyślałam – fajnie, spróbuję! Wykonałam cały trening, a na drugi dzień, dosłownie nie mogłam się podnieść z łóżka!  Poczułam, że jestem w posiadaniu jakichś mięśni! I to był w mojej FIT karierze, całkiem obiecujący przełom. Bo pomimo tego, że ledwo łaziłam i krzywiłam się z bólu, to te zakwasy były całkiem sympatyczne. I to było preludium do mojej treningowej miłości!


Z Ewką ćwiczyłam jakieś dwa miesiące. Ale przez te dwa miesiące nie udało mi się zdziałać zbyt wiele, pomimo tego, że ćwiczyłam dużo – bo codziennie. Ale niestety – jak większość początkujących fitnessiaków, robiłam podstawowe błędy:

  • ćwiczyłam dużo, bo praktycznie 7 dni w tygodniu
  • ćwiczyłam mega dużo, bo robiłam po 3 treningi dziennie, i najgorsze..
  • cały czas wałkowałam to samo, a przy tym..
  • nie trzymałam zdrowej diety!

Podstawowe błędy, które pomimo mojego zaangażowania, nie zdziałały z moim ciałem praktycznie nic. Jednak zmieniły moje przemyślenia, na temat ruchu i z perspektywy czasu, uważam, że to była najkorzystniejsza dla mnie zmiana. O wiele korzystniejsza, niż rzeźbienie kraty i podnoszenie tyłka.

Tak jak pisałam wcześniej, z Ewką ćwiczyłam „Skalpel” przez około 2 miesiące, a potem zaczęła się uczelnia i nastała treningowa posucha. Sporadycznie, co kilka tygodni – to zaczynałam ćwiczyć, to ćwiczyć przestawałam. I tak było mniej więcej, do czasu, kiedy nastąpił przełom, o którym pisałam mniej więcej TU i TU, czyli w jednym z moich pierwszych wpisów na tej stronie.


Historia potoczyła się tak, że ćwiczę bez większych przerw już od trzech lat. Jedyną pauzą, którą musiałam wdrożyć, była ta, którą zalecił mi lekarz i trwała miesiąc. Nie ćwiczę codziennie, jednak uważam, że krótkie aczkolwiek treściwe treningi są najlepsze.

Co do diety – zmieniło się praktycznie wszystko. Od mojego podejścia do jedzenia, poprzez to, co w tej chwili jem i jak jem. To jakie mam podejście do słodyczy. WSZYSTKO!

Co chcę Wam przekazać w tym wpisie? To, że nikt nie rodzi się z gotowym pakietem wiedzy na temat zdrowej diety i ćwiczeń. Że uczymy się na własnych błędach, pracujemy na własnych błędach, i jakie wnioski z tego wyciągniemy, to od Nas zależy.

Przez te kilka ostatnich lat nauczyłam się wiele, a przede wszystkim  – nauczyłam się czytać z sygnałów, jakie daje mi moje własne ciało i organizm. I nie mam na myśli tu tego, że jestem już specjalistką w świecie diety i zdrowego odżywiania. Długa droga jeszcze przede mną, ale wiele też mam już za sobą.

Byłam zielooooona na temat ćwiczeń i zdrowego jedzenia. Nie miałam pojęcia, jak się zabrać za jakiekolwiek odchudzanie. Nie wiedziałam, jakie procesy zachodzą w moim ciele, kiedy kalorie spalam, a kiedy kalorie ładuję. Ale to wszystko jest do opanowania – potrzeba tylko cierpliwości i czasu.

Co się nie zmieniło, to napewno to, że dalej nie przyszło mi do głowy, aby zacząć stosować jedną z popularnych DIET CUD, i napewno nigdy z takowych nie skorzystam! Pomimo, że nie testowałam ich na sobie, to znam osoby, które takie testy przeprowadzały systematycznie i skutki, były takie jakie zwykle są w przypadku tego typu diet – utrata zdrowia i efekty jojo.

Mam nadzieję, że przyda Wam się ten wpis! :) I jeżeli jesteście jednymi z tych, którzy są na początku swojej FIT drogi, to pamiętajcie, że wszystko da się opanować i wszystkiego da się nauczyć. A ze swoich błędów, kiedyś będziecie się śmiać, tak jak ja się śmieję teraz ze swoich.

Buźka i do zgadania!

Ev. :)

Leave a Reply