17
Sie
2015
2

Powroty do treningów bywają…? Czyli jak ponownie złapać bakcyla endorfinowego!

No właśnie, jakie? Ciężkie? Trudne? Przyjemne? Motywujące? To zależy od tego, jaka to była przerwa, czym była spowodowana i ile czasu trwała. No dobra, w sumie to też ma na to wpływ nasz system treningowy, który praktykowaliśmy przed przerwą. Ale najważniejsze.. jest to, jak do całej sprawy podchodzimy!

Jak to wyglądało u mnie?


Ja byłam totalnym fitnessowym wariatem, w pełnym tego słowa znaczeniu, czyt. nie wyobrażałam sobie dnia bez treningu. I zaznaczę to jasno – nie, nie mam hopla na punkcie swojej sylwetki, liczby kalorii i zbędnego tłuszczu na nogach. Po prostu – uwielbiałam ćwiczyć! Uwielbiałam „to uczucie po” treningu, kiedy endorfiny buzują we krwi niczym szalone gagatki! Dlatego ćwiczyć mogłam codziennie, a nawet kilka razy dziennie :) I miałam na to siły! Ładnie wypracowałam swoją kondycję, którą naprawdę mogłam się do jeszcze całkiem niedawna chwalić.

Niestety, forma spadła przez zdrowotne potyczki, przez co treningi też najpierw zostały zredukowane do minimum, a potem musiały iść na jakiś czas w odstawkę. U mnie przerwa beztreningowa trwała miesiąc (zalecenie lekarza). Wyobraźcie sobie moją minę, kiedy usłyszałam, że niestety ale dla celów zdrowotnych muszę porządnie odpocząć. Pierwsze dni „na zwolnieniu” to były istne katusze. Kompletnie nie wiedziałam co ze sobą zrobić, bo nie byłam przyzwyczajona do tego, że wracam z pracy do domu i nie czeka na mnie żaden trening. Zawsze wychodząc z roboty myślałam sobie „Jeaaa grzeję niczym struś pędziwiatr do domu i cisnę”. I zawsze czekałam na to jak totalny głupek! Tak więc, kiedy doszło do tego, że treningów nie było Ev totalnie ogłupiała.

Martwiłam się bardzo tym, że moja – dosłownie w pocie czoła – wypracowana kondycja spadnie na łeb na szyję. No niestety, to naturalny proces ograniczenia treningów. Pogodziłam się z tym w końcu, jednak cały czas się zastanawiałam na ile moja kondycja podupadnie.

Kondycja kondycją, a moje zdrowie i samopoczucie to inna kwestia. Też dało się porządnie we znaki i odczułam to dobitnie w swojej wydajności.

Dacie wiarę, że ja na serio miałam problem z wejściem po schodach? Zadyszka łapała mnie po kilku stopniach w górę. To było mocno demotywujące i przerażało mnie to, czy kiedykolwiek wrócę do swojej dawnej formy.

Kiedy mój stan zdrowia się trochę poprawił i usłyszałam sygnał „może Pani ćwiczyć, ale dla przyjemności nie dla wyników” – czytaj – lekko i przyjemnie, tak naprawdę nie wiedziałam od czego zacząć i jak zacząć.

Postawiłam sobie sprawę jasno – „Ev nie ćwiczyłaś przez miesiąc – nie oczekuj od siebie zbyt wiele na początek. Zaczynałaś kiedyś od zera i dorobiłaś się całkiem przyzwoitej formy, tak będzie i teraz!”.

Od czego więc zaczęłam?


Od pedałowania z lekkim tempie na rowerze (obok biegającej koleżanki, coby jej potowarzyszyć, gdyż sama biegać nie mogłam). Od lekkich ćwiczeń z obciążeniem własnego ciała. Od spacerów. Generalnie każdy ruch jest dobry.

Ważne jest to, żeby nie przeginać na początek. Czemu? Bo gdy zaczniemy z „grubej rury” to nie tylko sobie zaszkodzimy, ale także zdołujemy stanem naszej formy. Nie ma co się oszukiwać, po powrocie będzie ona zapewne w innym stanie niż przed przerwą treningową.

Także lekko i powoli – nic na siłę! Istotne jest to, aby umieć wyczuć siebie – swój stan zdrowia, swoje siły i to na ile można sobie aktualnie pozwolić. Balans to podstawa – jak we wszystkim z resztą. Trzeba o tym zawsze pamiętać i wszystko robić z głową na karku. Napewno nie można się przeciążać. Wracając na dobry tor, należy pamiętać o zasadzie, że wolniej wypracowane nawyki i wyniki zostają z nami na dłużej. Szybciej i mocniej, nie znaczy w tym wypadku lepiej. Wiem, że każdemu zależy na szybkim powrocie do formy, ale to nie jest rozwiązanie. Organizm musi na nowo przyzwyczaić się do wysiłku. Powoli, powolutku, stopniowo, a będzie dobrze!

Jak jest teraz?


Teraz dalej stosuję metodę „na czuja”, czyli w zależności od tego jak się czuję, dobieram odpowiednią aktywność fizyczną. Nie przeciążam się. Muszę wziąć pod uwagę to, że dużo energii pochłania moja praca, dojazdy i inne pierdoły z życia codziennego.

Ćwiczę średnio cztery razy w tygodniu, z czego trzy treningi to treningi siłowe (z obciążeniem własnego ciała), jeden porządny cardio. Oprócz tego staram się wprowadzać optymalną dawkę ruchu każdego dnia, czyli – zamiast podjechać kilka przystanków do metra, korzystam z własnych patyków zwanych nogami. Lubię spacerować z muzyką w uszach, a tak jak pisałam wcześniej – każda aktywność jest dobra! Planuję powoli wprowadzić treningi siłowe z obciążeniem, czyli wrócić na siłownię. I wiecie co? Marzy mi się wrócić na zajęcia taneczne – tak, tak, Ev kiedyś przez kilka lat tańczyła i kochała taniec bardzo mocno. Ostatnio znowu ta myśl wróciła, więc kto wie, może wrócę na salę treningową :)

Ciekawi Was pewnie jak się czuję ćwicząc aktualnie? Jest ciężko – tego ukryć się nie da. Na każdym treningu jest walka do ostatniej sekundy i to tak na serio, bo mój charakter rzadko kiedy potrafi odpuścić. Straciłam na wydolności sporo, bardzo szybko się męczę a mięśnie nie są tak silne jak były. Jest ciężko, ale.. przecież każdy z nas kiedyś zaczynał od zera, prawda? :) Teraz może od totalnego zera nie zaczynam, bo jednak pamięć ciała pozostała, ale potrzebuję sporo czasu, żeby doprowadzić się do ładu. Mam lepsze i gorsze dni – jak każdy z nas. Czasami wracam do domu po całym dniu pracy i tryskam energią, a czasami wręcz odwrotnie – chodzę jak istne widmo, kręci mi się w głowie i nie mam ani trochę siły nawet na to, by przebrać się w strój sportowy. To niestety zależy od aktualnych wyników badań i na razie niewiele w tej kwestii mogę zdziałać.

Co jest najważniejsze w tym wszystkim?


To że się nie poddałam. I nawet przez myśl mi nie przeszło „chrzanić to wszystko, koniec z treningami, jest zbyt ciężko”.

Jestem osobą, która swój zwykły – niezwykły dzień zaczyna o 5 rano, pracuje często do późnych godzin w kancelarii, wraca codziennie około 19 do domu i ma średnio pół godziny tylko dla siebie. Tak, żeby poleżeć do góry brzuchem i poleniuchować. Mogłabym dawno zerwać z ćwiczeniami, ale ten związek jest zbyt ważny dla mnie, aby go sobie tak po prostu odpuścić. Czemu? Bo kocham to. Jakby ciężko nie było, zawsze uważam, że warto walczyć o lepsze ja.. Każdy może to zrobić, serio.

I tego Wam życzę! Wszystkim zapaleńcom, fitfreak’om, tym początkującym i zaawansowanym i tym, którzy dopiero zaczynają myśleć o sporcie – walczcie o siebie! I trzymajcie się cieplutko :)

Do następnego!

Ev.

2 Responses

Leave a Reply