22
Lut
2016
10

Perełki do codziennego – naturalnego makijażu 💄👄

Cześć! Jestem Ewelina i jestem FIT’maniaczką. Jestem też endorfinoholiczką, książkoholiczką i kosmetykoholiczką, a nadto MAC’holiczką do potęgi entej. 😀

IMG_20160220_122614

Tak jest – Ci, którzy dobrze mnie znają, wiedzą, że kosmetyki kocham. I chcę w tym miejscu od razu coś wyjaśnić – nie mam natręctwa zbierania, kolekcjonowania – kupuję to, co jest mi potrzebne i to, co wiem, że się napewno u mnie sprawdzi dobrze.

Z kosmetykami miałam wiele przygód, ale w tej chwili mogę śmiało napisać, że w mojej kolekcji znajdują się tylko same perełki. Długo trwało, zanim wydobyłam je na wierzch i do nich dotarłam, ale w tej chwili niewiele do kosmetykowego szczęścia mi potrzeba. Jedyne na co się od jakiegoś czasu czaję i zakupię napewno, to sławne meteoryty z Guerlain. ♥

Dlatego dzisiaj podzielę się z Wami moimi ulubieńcami, których używam totalnie codziennie.

Zanim jednak do tego przejdę, chcę Wam napisać jedno – żadne, nawet najlepsze na świecie kosmetyki, nie poprawią waszego samopoczucia i nie pomogą Waszej twarzy, jeżeli nie zadbacie o odpowiednią pielęgnację skóry i dobrą, zdrową dietę! Od tego moje drogie zaczynamy, aby nasza skóra sama w sobie stanowiła piękno. Kosmetyki mają nam tylko poprawiać humor! (Szczególnie rano).

IMG_20160220_142945Moje podejście do makijażu, przez ostatnich kilka lat zmieniło się i to bardzo. Tak, jak kiedyś nie wyobrażałam sobie pokazać się publicznie z gołą buzią, tak teraz w ogóle mi to nie przeszkadza. Nie mam oporów wyjść poza strefę bezpieczeństwa bez makijażu, a czasami wręcz mam takie dni, kiedy bardziej podobam się sobie tylko z kremem nawilżającym na twarzy. Długo trwało to, aby zaakceptować siebie, swoje wady i defekty, ale teraz jestem na takim etapie, że nic w moim wyglądzie mi nie przeszkadza. O tym, jak wyglądała moja droga do akceptacji, napewno kiedyś Wam napiszę, a tymczasem przejdźmy w końcu do rzeczy – czyli moich perełek, dzięki którym można stworzyć naturalny, delikatny i rozświetlony makijaż. I taki właśnie u siebie obecnie preferuję. Wszystko jest stonowane i w naturalnych, rozświetlających odcieniach. Cera wygląda zdrowo i promieniście, ale jest zdecydowanie wyraźniejsza, niż bez makijażu.

Jak wspomniałam wam na początku – kocham kosmetyki z firmy MAC. Mogę przejść obojętnie obok Sephory, Douglasa czy innych tego typu, ale jak gdzieś na horyzoncie widzę logo MAC – przepadam. Ma to swoje usprawiedliwienie – kosmetyków MAC używam już od 5 lat i przez ten czas, ani jeden, którego używałam, mnie nie zawiódł! A testowałam ich całkiem sporo! KOSMOS! Wiem, że te kosmetyki do najtańszych nie należą, ale mają rewelacyjną jakość i starczają na wieku, nawet przy codziennym użytku. I wypadają bezkonkurencyjnie, przy takich legendach jak CHANEL. Dodatkowo obsługa w salonach MAC, to obsługa kompletnie profesjonalna. Nie spotkałam się tam jeszcze z osobą, która doradziła mi źle (natomiast w Sephorze, niestety ale Panie totalnie nie mają zielonego pojęcia, co robią).

Czego więc używam? Oto lista moich perełek:

Podkład – LANCOME Teint Miracle w odcieniu 010

W tej chwili kończę trzecią buteleczkę i wiem, że nie zmienię go na żaden inny. Trafiłam na niego dzięki Callmeblondieee i jej zachwytom i totalnie przepadłam. Żaden inny podkład nie daje takiego efektu, jak ten. Kocham go za to jak naturalnie wygląda na skórze, jak ją rozświetla, ożywia, za to, że jej nie szkodzi i w nienaruszonym stanie trzyma się przez calutki dzień. Nie tworzy sztucznego efektu maski, którego wprost nie znoszę. Nie jest ani pomarańczowy, ani różowy, nie ciemnieje na twarzy. Jest absolutnie bezkonkurencyjny dla mnie. Polecam wybrać się do perfumerii i poprosić o próbkę. Też przepadniecie! :)

Korektor – MAC Pro longwear w odcieniu NC 15

#samestoryhere :) Kolejne opakowanie, które zużywam i jestem pewna, że kupię ponowne. Niby nazwa na to nie wskazuje, ale to korektor, który robi to, co ma robić, a przy tym wygląda naturalnie i trzyma się przez cały dzień. Używam go pod oczy i do rozświetlania twarzy, a także na drobne niedoskonałości. Kolorów w MAC jest całe mnóstwo – każdy znajdzie coś dla siebie.

Puder – MAC Translucent finishing powder

Czyli biały proszek, który utrwala cały makijaż, nie dając przy tym żadnego koloru. Zostawia satynowe wykończenie, które wprost uwielbiam. Jest praktycznie niewidoczny na twarzy, a robi ogromną różnicę. Historia jak przy poprzednikach – kończę drugie opakowanie, które btw kupiłam jakieś 1,5 roku temu, i jak tylko mi się skończy, biegnę po następne.

Bronzer – TOO FACED Milk Chocolate Bronzer

 

O którym już wspominałam w jednym z moich wcześniejszych wpisów. Niezmiennie uwielbiam go. Nie dość, że pachnie jak czekolada i smakuje jak czekolada, to jeszcze wygląda na mojej stosunkowo bladej cerze bardzo naturalnie.

Róż – MAC Mineralize Blush w odcieniu Warm Soul

Myślę, że nazwa sama zachęca, aby go używać i jednocześnie idealnie go opisuje. To taka ciepła dusza, która ociepla i umila twarz, jednocześnie wyglądając kompletnie naturalnie. Nakładając go na poliki od razu czuję się przytulnie sama ze sobą. Ma w sobie delikatne złote drobinki, które idealnie rozświetlają twarz, nie robiąc z niej kuli dyskotekowej. Wszystkie inne poszły w odstawkę – tego używam codziennie. Kocham ♥

Rozświetlacz – MAC Mineralize Skin Finish w odniecniu Soft and Gentle

Kolejna perełka, bez której swojego makijażu sobie nie wyobrażam. Nazwa jest również adekwatna – bo to rozświetlacz, który daje delikatne a zarazem cudowne wykończenie. Choćbym nie spała w ogóle w nocy, a moja cera po porządnej dawce stresu i zmęczenia, wyglądała strasznie, to ten kosmetyk potrafi najlepiej właśnie wtedy zdziałać cuda. Używam go na szczyty kości policzkowych, na nos, na łuk brwiowy i w kąciki oczu. Starałam się uchwycić jego efekt na zdjęciach, ale niestety ciężko jest to zrobić. Jednak na wszystkich, na których widać moją rozświetloną gębę, gości właśnie on! Często używam go też, jako cień do powiek i w tej roli sprawdza się równie genialnie. A opakowanie, które używam aktualnie, zakupiłam…uwaga…3 lata temu! A ubytku zbytnio nie widać! To jest właśnie magia kosmetyków MAC. :)

Gąbka do podkładu – Beauty Blender

Najlepsza rzecz do twarzy ever. Serio, kocham ją za wszystko. Odstawiłam wszystkie pędzle, jakie miałam do twarzy, bo to co ta gąbka wyprawia, to istny obłęd. Nie dość, że aplikacja nią podkładu i korektora, to sprawa ekspresowa, to sprawia ona, że wszystko wygląda ta, jakby faktycznie na twarzy tego nie było. Daje najbardziej naturalny efekt, jaki można osiągnąć. A przy okazji aplikacja, to sama przyjemność. Pamiętajcie, że nie używa się jej na sucho – a tylko i wyłącznie mokrą. Szczerze polecam. :)

Paleta cieni do oczu – MAC kompozycja własna – kolory – Naked Lunch, All That Glitters, Omega, Satin Taupe & Paleta cieni do oczu – URBAN DECAY NAKED BASIC 2

Jeżeli chodzi o mój numer jeden, spośród wymienionych powyżej, to będzie to niewątpliwie All That Glitters. Mam do niego ogromny sentyment, gdyż jest to pierwszy cień z MAC, który zdecydowałam się zakupić, a jednocześnie wiem, że w mojej kosmetyczce będzie zawsze. Mam taki typ urody, do którego przede wszystkim pasują odcienie beżu, brzoskwini i lekkiego brązu, a ten odcień jest mieszanką ich wszystkich. I to nie byle jaką bo idealną. Jest to kompozycja na bazie brzoskwini pomieszanej z beżem i złotymi drobinkami. Idealnie rozświetla powiekę, nadając jej odrobinę wyrazistości, właśnie przez swój niepowtarzalny kolor. Żaden cieni nie podbija mi tak tęczówki oka, jak ten. Niebieskookie! Ten jest właśnie dla was!

Jeżeli chodzi o pozostałe, to również je uwielbiam. Omega to cień, którego przede wszystkim używam do zaznaczania brwi, jednak nie mogę napisać, że w tej roli sprawdza się idealnie, gdyż tak nie jest. Nie chodzi o to, że jest zły, chodzi o to, że niestety to nie kolor dla mnie. Natomiast Naked Lunch i Satin Taupe to klasyki. Naked Lunch uwielbiam nakładać na całą powiekę wtedy, kiedy daję odpocząć All That Glitters. Natomiast Satin Taupe kocham używać na jakieś większe okazje, kiedy pozwalam sobie na wyraźniejszy makijaż oka. W dziennym makijażu sprawdza się idealnie do podkreślania dolnej linii rzęs i tam też ląduje codziennie. W mojej kolekcji posiadam również odcień Woodwinked, z którym pewnie zrobię osobnego posta, bo to cień który również z całą pewnością na to zasługuje. Z uwagi jednak, że przy mojej karnacji nie można go nazwać naturalnym, nie zamieściłam go w tym poście. 😉

Jeżeli chodzi o drugą paletę – kto o nich nie słyszał? W swojej kolekcji mam dwie palety NAKED – NAKED 2 i NAKED BASIC 2, którą prezentuję Wam dzisiaj. Pierwsza zasługuje również na zachwyty, jednak jak narazie leży spokojnie i czeka na swój czas. Teraz skupmy się na tym słodkim maluszku. NAKED BASIC 2, to paleta która jest.. nie do opisania. Zawiera 5 matowych cienie i jeden satynowy. Ja matów na swoich powiekach nie preferuję, ale jeżeli chodzi o konturowanie oka, to te kolory sprawdzają się idealnie. Lubię rozcierać nimi granicę cienia bazowego (w moim wypadku All That Glitters najczęściej), oraz zaznaczać załamanie powieki. Których odcieni używam najczęściej to widać.

Baza pod cienie – MAC Paintpot w odcieniu Bare Study

Kolejny klasyk z MAC. Baza legenda, którą i ja postanowiłam mieć w swojej kolekcji i nie żałuję. Nie daje ona zbytniego koloru na powiecie, ale zdecydowanie daje rozświetlającą poświatę, którą uwielbiam. A przede wszystkim sprawia, że cienie zaaplikowane na niej, trzymają się w nienaruszonym stanie calutki dzień. Oprócz tego, pięknie podbija ich kolor. I jest mega wydajna, chociaż tutaj na załączonym zdjęciu widać już piękne denko. 😀

Usta – MAC Pomadka w odcieniu Patisserie

Mam ją od kilku dni i już wiem, że to odcień idealny dla mojej karnacji. To taki kolor moich ust tylko lepszy – i w tym momencie hasztag #mylipsbutbetter robi ukłon w jej stronę! Generalnie uwielbiam mocniejsze kolory na ustach, ale niestety moja praca mi nie pozwala na używanie takowych w ciągu tygodnia. Dlatego zainwestowałam w pomadkę, dzięki której usta będą wyglądać na zadbane i naturalne. Trudno opisać ten kolor. To taki nude połączony z różem i brązem, a do tego posiada delikatne drobinki, które rozświetlają dodatkowo usta. Dzięki olejkowi rycynowemu, który znajduje się w tym produkcie, nie muszę się martwić o nawilżanie, chociaż mój EOS zawsze leży na moim biurku w pracy. 😀

I to tyle moje Drogie! :) Pewnie niektóre z Was zauważyły, że nie zamieściłam tu opisu żadnego tuszu do rzęs oraz eyelinera, który stanowi nieodłączny element mojego codziennego makijażu! To dlatego, że tuszu do rzęs, który mogłabym szczerze nazwać perełką jeszcze nie znalazłam. Natomiast jeżeli chodzi o eyeliner – zapomniałam zamieścić go na zdjęciu i biję się za to w głowę. Od dwóch lat używam eyelinera żelowego z Maybelline – tego w słoiczku i uważam, że jest idealny. Nie wysycha, nie rozmazuje się, nakłada się go banalnie łatwo i nie można sobie zrobić nim krzywdy. Nawet o 5:15 rano! 😀

Uff… Ale się rozgadałam  – zdecydowanie podobają mi się takie makijażowo-urodowe posty i muszę się zabierać do częstszego pisania w tej tematyce. Na plan w następnej kolejności wejdzie moja pielęgnacja twarzy i ciała. Tam też uzbierałam całkiem pokaźną liczbę perełek, które służą mi od kilku lat.

IMG_20160221_150238Do zgadania! Ev. :)

Leave a Reply