26
Lut
2017
0

Gdzie byłam, jak mnie tu nie było // Life UPDATE //

To doprawdy niewiarygodne, jak szybko leci czas. Wydawałoby się, że zaglądałam tu całkiem niedawno. A jednak, nie! Czas minął nie wiadomo kiedy, tu została zasiana pustka, a co stało się po drodze ze mną? Odpowiedź jest z jednej strony prosta, z drugiej skomplikowana. Ale od początku.

Czasami, zazwyczaj nie zdając sobie z tego sprawy, wpadamy w tak zwany „wir życiowy”. Wtedy nie rejestrujemy tego, co się dzieje naokoło. Skupiamy się tylko na tym, aby przetrwać każdy, kolejny dzień i sprostać wszystkim obowiązkom, jakie mamy na głowie. Nie widzimy tego, co się dzieje w naszym otoczeniu, z rodziną, znajomymi. Ciągle przyspieszamy i przyspieszamy, zapominając w pewnej chwili o tym, jaki mamy dzień tygodnia. I tak to się dzieje – pobudka – praca – powrót do domu – praca – sen. Powtórka – od weekendu, do weekendu. Kiedy jest już trochę wolnego czasu i wypadałoby wyjść z domu, spotkać się ze znajomymi, to najzwyczajniej na świecie się nie chce. Klapki na oczach i zupełny brak kontaktu z rzeczywistym światem. Tak właśnie było u mnie. Mam wrażenie, jakbym przez ostatnie pół roku zapadła w sen zimowy niczym niedźwiedź polarny, i dopiero powoli się z niego wybudzała.

Praca. Bardzo dużo pracy. Ale kto jej w obecnie nie ma? Żyjemy w czasach, kiedy wiele osób myśli, że należy nam się wszystko z urzędu i to jak najszybciej. Każdy chce więcej i szybciej. I od siebie i od innych. Jak istny chomik w kołowrotku. Tylko ile można wytrzymać takie tempo?

Chyba mogę Wam tu szczerze dzisiaj napisać, że nie tylko jestem prawnikiem z zawodu, ale po dwóch latach w zawodzie, zaczynam się powoli (z naciskiem na powoli) czuć jak prawnik. Nie chodzi tu o sam fakt wykształcenia, ale o poczucie tego, co robię. W lutym tego roku, stuknęły mi dwa lata w kancelarii. Czy w swoim pierwszym tygodniu pracy przypuszczałabym, że uda mi się tam wytrwać dwa lata? Nie. Myślałam, że nie wytrwam tygodnia. Do dzisiaj pamiętam swój pierwszy dzień i powrót do domu. Mam nawet zapisany sms od mojej mamy, która napisała mi krótko „uciekaj stamtąd”. A jednak, zostałam. Najpierw dałam sobie ten tydzień, który do łatwych nie należał. Potem postawiłam sobie kolejną poprzeczkę, miesiąc. Nawet nie zauważyłam, kiedy zleciał. Po miesiącu nie zrobiło się ani trochę łatwiej, wręcz przeciwnie. To wtedy dopiero musiałam wskoczyć na głęboką wodę. Nie zauważyłam, kiedy minęły trzy miesiące próbne, które wydawały mi się na początku nie do przejścia. Dostałam od razu umowę o pracę na czas nieokreślony. Po tym, jak moja kierownik dała mi ją do podpisania, zdałam sobie sprawę, że ja naprawdę daję sobie radę, w tym co robię. Wiecie, jak mnie to zaskoczyło?

Po ukończeniu studiów prawniczych w ogóle nie czułam tego, żeby kontynuować w tej dziedzinie swój rozwój. Nie czułam się prawnikiem, nie uważałam, abym kiedykolwiek mogła pracować w zawodzie. Nie planowałam aplikacji, tak jak większość moich znajomych. Stwierdziłam jednak, że jeżeli chociażby nie spróbuję, to będę pewnie do końca życia mieć do siebie o to pretensje, bo próbować trzeba zawsze, we wszystkim. Chciałam ruszyć do przodu, ale bałam się. Od znajomych napływały wiadomości o tym, jak ciężko dostać pracę. Stwierdziłam jednak ‚trudno Ev, teraz albo nigdy’. Wysłałam w kilka miejsc swoje CV, które na mój gust nie było rewelacyjne, zdecydowanie brakowało tam doświadczenia. Pierwszy telefon dostałam w przeciągu trzech dni, właśnie z kancelarii, w której pracuję. Pojechałam na rozmowę i myślałam, że nie odważę się na nią wejść. Czekałam, aż mój obecny pracodawca poprosi mnie do gabinetu i jednocześnie miałam ochotę w tym czasie zwiać. Jednak nie zwiałam, zostałam. Na drugi dzień po rozmowie, dostałam telefon, że bardzo chętnie przyjmą mnie do pracy w kancelarii. Byłam w szoku. Bo absolutnie nie spodziewałam się, że dostanę tą pracę. Pierwsza rozmowa kwalifikacyjna, pierwsze koty za płoty i bum. Udało się. Tak po prostu. A przecież tyle się słyszy na temat tego, jak ciężko jest w obecnych czasach znaleźć pracę.

I tak, od tamtego momentu minęły mi dwa lata. Dwa ciężkie lata, pełne wzlotów i upadków. Bo nie zliczę, ile razy wracałam z płaczem do domu, wyczerpana tym, za co jestem w pracy odpowiedzialna. Ciągłe potyczki z klientami, niemiłe dyskusje. Coraz cięższy materiał do przerobienia. Często myślałam sobie ‚Boże, co ja tu robię’. Jednak, nie zliczę też, ile razy wychodziłam stamtąd z wielkim uśmiechem na gębie, pełna przekonania tego, jak dobrze sobie z czymś poradziłam. Pierwsze podziękowania, za sprawie przeprowadzoną czynność, za dobrze napisaną umowę, albo po prostu, za miłą i sympatyczną obsługę. Złapałam się na tym, że ludzie, którzy z początku przychodzili do mnie nieufnie, patrząc na mnie, jak na zwykłą praktykantkę do pomocy, która niewiele wie i niewiele umie, teraz ściskają mi dłoń na powitanie. Zdałam sobie sprawę z tego, że o dziwo, jestem dobra w tym co robię. Daję sobie radę, idę do przodu.

Jednak..

Przez te ostatnie dwa lata, dużo w życiu poświęciłam kosztem pracy. Nie tylko psychicznie, ale fizycznie, zdrowotnie. Jak pisałam w poprzednich postach, zaczęły się problemy ze zdrowiem. Przez pewien okres cierpiałam na bezsenność. Było tak, że wracałam do domu po 20, brałam się za swoje obowiązki domowe, kładłam się wyczerpana spać w okolicach 23, i wierciłam się do 3 nad ranem. A budzik, jak dzwonił o 5:00, tak dzwoni do tej pory (z tekstem „WSTAWAJ PASKUDO 😭” – #Grunt_to_dobra_motywacja – no nie). Życie zaczęło tracić stabilny grunt pod nogami. Cała irytacja i zdenerwowanie z pracy, lądowała u mnie w domu. Współczuję moim rodzicom, którzy musieli przez ostatnich kilka miesięcy znosić moje paskudne humory. Miałam nastroje, jak kobieta w ciąży. Wciąż chodziłam poddenerwowana, poirytowana, czasami wkurzało mnie dosłownie każde słowo wypowiedziane przez kogoś w moim otoczeniu. Każda błahostka potrafiła wyprowadzić z równowagi. Łzy leciały często tak, że kompletnie tego nie kontrolowałam. Przecież to nie jest normalne.

I tak zaczęłam się powoli odcinać. Od znajomych, od rodziny. Zdałam sobie sprawę z tego, że mieszkam z moimi rodzicami pod jednym dachem, a w tygodniu zamieniamy ze sobą raptem kilka słów. W weekendy funkcjonowałam niczym człowiek widmo, próbujący doprowadzić się do ładu. Najgorsze były niedziele i myśl o poniedziałku. Pewnego niedzielnego wieczoru, siedząc z moją mamą i oglądając jakiś film, zaczęłam po prostu płakać, na samą myśl o tym, jak bardzo nie chciałam iść na drugi dzień do pracy, bo wiedziałam, ile rzeczy mam do ogarnięcia. Czy to nie jest chore? Wiele osób, wiele z Was, pisało mi, jak to miło popatrzeć na mój uśmiech na zdjęciach, które wrzucam na Instagrama, bo dodaje energii i otuchy. Ale za każdym razem, gdy czytałam takie wiadomości, zdawałam sobie sprawę, że to tylko moja twarz wykrzywia się w uśmiechnięty wyraz. W środku, daleko jest do uśmiechu. To taka wewnętrzna walka ze sobą. Wypalanie się od środka, powoli i boleśnie.

W takim nastroju minęło mi kilka ostatnich miesięcy. Nie zliczę, ile razy myślałam o tym, żeby zrezygnować z pracy. Dla siebie, dla zdrowia, dla spokoju ducha. Powiedziałam nawet o tym osobom, z którymi pracuję. Moja kierownik przytaknęła głową i powiedziała mi, że zaakceptuje każdą moją decyzję. Na drugi dzień wzięła mnie jednak na stronę i powiedziała ‚Ewelina, widzę, że chodzisz smutna, przygaszona, zestresowana. Życzę Ci wszystkiego, co najlepsze w życiu, ale wiedz o tym, że to miejsce bez Ciebie, to już nie będzie to samo’. Postanowiłam dać sobie jeszcze jedną szansę, wprowadzając pewne zasady. Zero przemyśleń, na temat pracy, po wyjściu z kancelarii (taa, akurat działa). Zero zabierania roboty do domu. Wychodzenie z pracy o godzinie, w której pracę kończę.

We wrześniu 2016 roku podjęłam decyzję, aby aplikować na doktorat na mojej Alma Mater. Zostałam przyjęta, chociaż myślałam, że nie przejdę nawet postępowania rekrutacyjnego. Jednak, udało się. Doktorat marzył mi się, już w czasie, kiedy kończyłam pisać magisterkę. Pomyślałam sobie, że kurcze, to musi być niesamowita sprawa, zapracować sobie ciężką robotą na „dr” przed nazwiskiem. Moja euforia po tym, jak dostałam powiadomienie o przyjęciu, była ogromna. Nie potrafię składnie opisać tego, co poczułam, kiedy znowu, po długiej przerwie, przekroczyłam próg sali wykładowej na mojej uczelni. Jest to dla mnie miejsce wyjątkowe, nawet nie wiecie jak bardzo. Na pierwsze zajęcia przyjechałam wcześniej, aby tylko poszwędać się po wszystkich kątach budynku, który tak dobrze znam i z którymi wiąże się tak dużo wspomnień. Tak bardzo cieszyłam się z powrotu.

Na seminarium doktorskim trzymam się cały czas. Co nie zmienia faktu, że moją głowę po pewnym czasie zaczęły zaprzątać upierdliwe myśli, czy to napewno dobry pomysł, aby to kontynuować. Czy to dla mnie, czy dam sobie z tym radę. Praca i studia, to ciężki orzech do zgryzienia razem. A przychodząc do domu w tygodniu, ciężko jest się zabrać za coś, co wymaga od nas wytężenia umysłu. Jednak, czy ktokolwiek powiedział mi, że będzie łatwo? Życie nie jest łatwe i wcale być nie musi. Jeżeli się z tym oswoimy, z pewnym czasem nauczymy się balansować tak, aby radzić sobie ze wszystkim. Zastosowałam swoją zasadę, tak jak i przy pracy ‚jak nie spróbujesz, to się nie przekonasz, a próbować trzeba zawsze’. Nie obyło się bez marudzenia z mojej strony. Maruda EW przeprasza tych, którym swoim marudzeniem podziałała trochę na nerwy. :)

A teraz, przechodząc do sedna sprawy – dlaczego Wam o tym wszystkim napisałam? Bo po pierwsze chciałam, abyście zrozumieli, że jestem tylko człowiekiem, który znowu lekko pobłądził na swojej ścieżce życia, a raczej wpadł w turbulencje i powoli z nich wychodzi. Po drugie, zawsze chciałam, aby to miejsce było dla Was poniekąd źródłem inspiracji, dobrej energii i wiary w siebie. A jak miałam ją przekazywać, kiedy sama nie potrafiłam jej w sobie wykrzesać?

Po trzecie i najważniejsze, nie bez powodu opisałam wam, na jakim etapie miewa się moje życie zawodowe. Odkrycie tego, że całkiem zgrabnie daję sobie radę w swoim zawodzie, to dla mnie zarówno zaskoczenie, jak i powód do dumy. Jednak po tym czasie, po wielu przemyśleniach, doświadczeniach życiowych, nasunął mi się jeden, prosty wniosek, który część z Was może zaskoczyć, choć mnie nie zaskoczył ani trochę. Otóż dotarło do mnie, że praca dla mnie, to nie jest źródło szczęścia i spełnienia w życiu. Sukcesy cieszą, ale nie są tą iskierką, która rozgrzewa duszę od środka i sprawia, że człowiek zasypia spokojnie, z myślą o tym, że jest po prostu szczęśliwy. Pieniądze? Nigdy nie cieszyły mnie w taki sposób, w jaki powinny. Sama zauważyłam, że kupując sobie droższe rzeczy, wcale nie reaguję z euforią, jaka powinna temu towarzyszyć. Bo mi pieniądze szczęścia nie dadzą.

Wiem na tym etapie życia, że nie chcę go poświęcić tylko i wyłącznie dla pracy, przegapiając życie. Ludzie tak wiele dla niej poświęcają. Nawet nie zdając sobie z tego sprawy. A czas tak szybko leci. I przecież do nas nie wróci, to co poświęciliśmy.


Moim głównym postanowieniem noworocznym, jest zwolnienie tempa. I nie, nie zamierzam zamienić się w ślimaka. Po prostu, postawiłam sobie granicę, barierę w głowie. I tego zamierzam się trzymać.

Nawet nie wiecie, ile raz w ciągu zeszłego roku nachodziła mnie myśl, aby tą stronę po prostu skasować. Czemu? Bo nie mam czasu na niej publikować. Bo niby kto chciałby tu jeszcze zaglądać. Bo niby co ciekawego, inspirującego miałabym tu napisać, aby przyciągnąć czyjąś uwagę. I za każdym razem, jak tak sobie myślałam, że bez sensu jest trwanie na tej stronie, dostawałam jakąś wiadomość od Was. Taką, która nagle zdejmowała mi klapki z oczu i zaczynałam myśleć sobie ‚Dziewczyno, przecież Ty możesz komuś tutaj pomóc. Możesz robić coś więcej, niż tylko pisać. Może komuś też spadną klapki z oczu’. Bardzo chcę wrócić tu, do Was. Wciąż mnie zaskakuje, jak wiele z Was pisze do mnie, że tęskni za moimi wpisami. :) Dla mnie to nierealne, a z drugiej strony cudowne, że podczas braku mojej obecności, wciąż tutaj zaglądacie.

Chciałabym tą stronę zamienić w swoją małą iskierkę. Taką, którą mogę przekazać Wam. Która będzie Wam pomagać w kryzysowych momentach życia. Taką, która i mi pomoże we wszelkich kryzysach. Może to dziwne, ale gdy zajrzałam tu po kilku miesiącach przerwy, mi samej zrobiło się ciepło na sercu. Bo ta strona dla mnie, to nie tylko zwykła strona internetowa. Mój sentyment i przywiązanie do niej jest tak ogromne, że nigdy nie będę w stanie jej usunąć..

Ściskam Was mocno. Przepraszam, jeżeli wyszło chaotycznie, ale w końcu, to mój znak rozpoznawczy. 😉 Obiecuję, że w kolejnych wpisach nie będzie tak melancholijnie.

Do następnego,

Ev. 💗

7 Responses

  1. Agata

    Jesteś śliczną, młodą dziewczyną i przede wszystkim mądrą. Życzę wszystkiego dobrego! Trafiłam na twoją promienną buzię na instagramie, przejrzałam bloga i bardzo fajnie sie Ciebie czyta. Nie przestawaj! Dla mnie Twoja uśmiechnięta twarz i to jak cudnie wyglądasz w makijażu poniekąd zmotywowały mnie do tego by zacząć się znowu malować. Pozdrawiam

  2. Kochana, jesteś tak niesamowitą, piękną i inspirującą osobą! Wprawdzie poznałam Cię na Instagramie, ale z czasem przeczytałam całego bloga :) Nie zostawiaj już nas, swoich czytelników, na tak długo samych, bo pusto bez Ciebie! :) I trzymam kciuki za Twoje postanowienie – koniecznie musisz je zrealizować, bo będzie źle! :*
    Powodzenia wspaniała, mała a jednak wielka kobietko! :*

  3. Rita

    Fajnie, że wróciłaś na bloga! :) Tez jestem prawnikiem, nie pracuje w zawodzie nad czym ubolewam, bo chciałabym wrócić. Dokładnie tak jak piszesz- jeśli czegoś sie nie spróbuje to się człowiek nie przekona, będzie tylko żałował. Po studiach miałam takie samo odczucie co Ty, że nie chcę iść na aplikację, że prawo to nie tylko kancelaria. Też nie czułam się prawnikiem. Teraz walczę o to, żeby znaleźć pracę w zawodzie, powoli zaczynam tracić nadzieję. Nic wiem co mam ze soba począc w kwestii zawodowej, porównuję się ze znajomymi i wypadam bardzo blado;/ Nie wiem jak tym swoim zyciem pokierować… Praca też nie jest dla mnie w życiu najważniejsza, życie prywatne to u mnie priorytet. Szczęśliwy związek i relacje z ludźmi, na tym mi najbardziej zależy i to staram się pielęgnować:) I zdrowie zdrowie zdrowie!:) Ono nie ma ceny! Pozdrawiam, pisz częściej! :)

  4. Paulina

    Cieszę się, że wróciłaś na bloga właśnie z taką notką :) W sieci i nie tylko w ostatnim czasie jesteśmy z każdej strony bombardowani hasłami: możesz więcej, wykorzystuj swój czas maksymalnie, rób milion rzeczy naraz bo możesz.. Okej, po części zgadzam się z tym, natomiast w tym wirze dzisiejszych czasów musimy pamiętać, że jesteśmy tylko ludźmi. Mamy prawo do tego, żeby popełniać błędy, które były, są i zawsze będą. I po drugie co najważniejsze, mamy prawo do tego, żeby nie dać się wpędzić w ten wir wykorzystuj 24h/24h. Pozwólmy sobie na relaks i spokój, na odrobinę lenistwa, bo jest nam to po prostu potrzebne, tak samo jak i chwile słabości :) Fajnie, że podzieliłaś się z Nami właśnie takimi refleksjami, że wcale nie było łatwo, że nie raz dumę i radość musiałaś poprzedzić łzami i nerwami. Wydaje mi się, że to wiele uczy :)
    Ja się cieszę na wiosnę, chciałabym żeby ten czas wniósł coś pozytywnego do mojego „zastanego” życia, w którym po trochu żyję sama ze sobą :) trzymam tez kciuki za Ciebie! Bądźmy pełne energii i spokoju jednocześnie i nie dajmy się zwariować :)
    Wiedz, że masz stałą czytelniczkę tej Twojej małejdużej iskierki :) A Twoje zdjęcia i wpisy na instagramie są dla mnie baaardzo motywujące!
    Buziaki, pozdrawiam!

  5. Monia

    Ev :* Kochana moja! Wiesz, że zawsze bardzo Ci kibicuję i cieszę się, że wracasz po trochu do żywych :* Zasługujesz na całe dobro tego świata, więc niech karma do Ciebie wróci i zaproponuje coś dobrego 😉
    Całujemy z Tomeczkiem <3

  6. Asia

    Przecudowny wpis! Fajnie,że są takie osoby jak Ty :). Życzę Ci abyś miała jak najmniej słabych dni, i żeby wszystko szło po Twojej myśli.
    Pozdrawiam, Asia :)

Leave a Reply