17
Lip
2016
7

DIETA #1 – MIESIĄC PO – Wrażenia, przemyślenia i efekty!

Hej, hej, hej! :)IMG_20160701_090122

Z tej strony oczywiście Ev, bo kto inny.

Zapewne niektórzy z Was wiedzą (bądź jeszcze nie), że 13 czerwca 2016 roku, zaczęłam stosować moją leczniczą dietę, ułożoną pod okiem dietetyka. Minął  miesiąc odkąd ją stosuję i po tym czasie już nieco, a nawet całkiem sporo, nasuwa mi się na język. Dużo przemyśleń, dużo wniosków, a zapytacie pewnie jakich? Zaraz się przekonacie. :) Więc, jeżeli jesteście ciekawi jak wygląda moja aktualna dieta, jak wyglądały jej początki i przygotowania, co jem, a czego jeść nie mogę, jakie suplementy do tego przyjmuję i ostatecznie, jak się aktualnie czuję po miesiącu stosowania, to zapraszam serdecznie do czytania. :) Jednak muszę Was ostrzec – post zapowiada się długi. Dłuuugaśny. 😀 Proszę o cierpliwość i zrozumienie. 😀

Zmiany, zmiany, zmiany…

20160623_060029

Jeżeli napiszę, że moja dieta przechodzi aktualne generalny remont – rewolucję dietową, to i tak będzie za mało. Moje pojęcie o zdrowym odżywianiu do tej pory, było mocno ograniczone. Racja, zmieniłam już dawno swoje nawyki i postrzeżenia na temat jedzenia, czytałam składy na etykietach, ucięłam słodycze i  wszelkiego rodzaju produkty przetworzone , ale jedną kwestią jest eliminacja słodyczy i innych produktów przetworzonych, a zupełnie innym etapem, jest eliminacja produktów potocznie zdrowych, ale przez mój organizm nietolerowanych.

Pomimo tego, że to nie ze względu na nietolerancje pokarmowe zgłosiłam się do dietetyka i mój problem polega na czymś zupełnie innym, to w tym wypadku jednak, testy na nietolerancję były również strzałem w dziesiątkę i bardzo się cieszę, że je wykonałam. Bo gdyby nie one, do tej pory faszerowałabym swój organizm, tym wszystkim, czego on bardzo nie lubi. A nawet nie wyobrażacie sobie, jaką różnicę i ulgę można odczuć, po odstawieniu produktów nietolerowanych.

Głównym założeniem mojej diety było i w dalszym ciągu jest, uregulowanie gospodarki cukrowej i zastopowanie hipoglikemii, o której rozpisałam się TU. Ci, którzy mają problemy ze zbyt niskim cukrem wiedzą, jak ważne jest spożywanie odpowiednich posiłków, o odpowiednich odstępach czasu tak, aby nie dopuścić, by insulina i cukier sobie poszalały.

Co takiego zatem zostało zmienione? Praktycznie wszystko. Moją aktualną dietę mogę określić, jako podchodzącą pod dietę wegetariańsko – wegańską, przy czym tak ją opisuję, ponieważ dietę mamy z mamą praktycznie taką samą z tą różnicą, że mama może jeść jajka, a ja nie mogę i raz w tygodniu mamy wędzone rybki – przy czym, w tym wypadku mamy wybór, bo również możemy z nich zrezygnować i zastąpić je czymś innym.

Moja dietetyk napisała, że dieta, którą przygotowała dla mnie i dla mamy, to dieta przeciwzapalna i bardzo poprawiająca stan jelit, a przy tym, zapobiegająca spadkom poziomu cukru we krwi – czyli głównie ma za zadanie unormować moją gospodarkę cukrową. Jest też bardzo bogata, odżywcza i różnorodna, bo praktycznie codziennie jemy coś innego, a nawet jeżeli posiłki się powtarzają, to występują w nich różne kombinacje składników (zmiana owoców, warzyw, przypraw, itp.). Wszystko w niej jest tak dobrane i przemyślane, abyśmy każdego dnia dostawały z mamą wszystkie potrzebne nam składniki odżywcze w odpowiednich ilościach i porcjach.

I teraz najważniejsze – w diecie zostały wykluczone w 100%: jajka (nietolerowane), mleko i pochodne (największa nietolerancja), gluten (w mniej więcej 95%), a także mięso (w 90%, gdyż wciąż pozostają ryby). W tej chwili jest to więc dieta roślinna, ale z opcjami wyboru. Ja zdecydowałam, że mięsa narazie jeść nie chcę. Zapytacie, czemu? Na mój wybór składa się niewątpliwie kilka czynników: – po pierwsze, bo już od dłuższego czasu mięso mi nie smakowało, źle się po nim czułam i wręcz odczuwałam do niego wstręt, – po drugie, bo moje przekonania, co do jedzenia mięsa, też przez pewien czas się zmieniały i w końcu dotarłam do takiego punktu, gdzie mięsa jeść nie chcę. Wynika to z tego, że jestem z natury osobą, która wszelkiej krzywdy zwierząt absolutnie, ale to absolutnie nie toleruje. Bez względu na to, czy chodzi o pieska, czy też kurkę, krówkę, czy świnkę. Staram się od pewnego czasu wspierać kilka fundacji broniących praw zwierząt, a swoją osobistą cegiełkę dokładam w postaci tego, że mięsa nie kupuję i nie jem. Pomijając ten aspekt – za mięsem w ogóle nie tęsknię (mama tak samo). Jest to niewątpliwie temat rzeka, dla jednych dosyć kontrowersyjny, dla mnie całkiem normalny. Jeżeli będziecie chcieli poczytać na temat zmiany mojego podejścia do jedzenia mięsa, to bardzo chętnie napiszę Wam o tym, jak do tego doszło.

Nie takie początki straszne, na jakie wyglądają!

20160618_141704

No właśnie, podobno początki są zawsze najtrudniejsze. Moja dietetyk wysyłając mi dietę i zalecenia, zaznaczyła na wstępie, że nie chce, abym miała poczucie, że dieta jest „trudna”. Ona wie doskonale jaki tryb życia prowadzę i ile czasu wolnego mam na to, aby sobie wszystko zakupić, przygotować i ugotować. Ogromnym plusem mojej diety jest to, że razem z mamą jemy praktycznie taką samą ilość kalorii, tj. w tej chwili mamy wyliczone 1600 kcal – ja, aby trzymać wagę i nie chudnąć, a mama, żeby powoli leciały jej centymetry z brzuszka. Niektórzy stwierdzą, że 1600 kcal to malutko. Ja jestem osobą bardzo drobną z natury, a dodatkowo, co jest w moim przypadku najistotniejsze – aktualnie nie ćwiczę. Nie uprawiam na chwilę obecną żadnej aktywności fizycznej, z wyjątkiem spacerków, które bądźmy szczerzy, nie grzeszą intensywnością. Mam takie zalecenie i tego narazie się trzymam. Tak więc, przy braku aktywności wiadome jest to, że mój organizm nie potrzebuje zwiększonej liczby kalorii, aby nadrabiać ewentualne ubytki. 1600 kcal to dla mnie ilość wystarczająca. Przez pierwszy tydzień mojej diety, sporadycznie burczało mi w brzuchu mniej więcej pomiędzy porą lunchu a porą obiadu, ale wynikało to w dużej mierze z tego, że zmieniłam pory jedzenia. Po tygodniu wszystko się ustabilizowało, żołądek przyzwyczaił się do nowych pór karmienia i od tamtej pory już nie narzeka. :)

Szczerze mówiąc, po tym jak dostałam plik z dietą, szablonami, zamiennikami i przepisami, byłam w lekkim szoku. Czemu? Bo pojawiły się tam produkty, o których nigdy w życiu nawet nie słyszałam. Bałam się, że tego kolokwialnie pisząc – nie ogarnę, że nie znajdę wszystkiego, co będzie potrzebne. Że za dużo czasu będzie mnie kosztować to, aby ganiać po sklepach za składnikami na każdy dzień. A jak wyszło w praktyce? Kompletnie odwrotnie – jak to w życiu zazwyczaj bywa. O ile pierwsze zakupy były dosyć stresujące, tak teraz idą jak po maśle – no może prawie. 😀 Co więcej, strasznie mi się takie zakupy podobają. W kwestii ganiania pomiędzy sklepowymi półkami jestem taką specjalistką, że pomagam sprawnie i skutecznie wdrażać się w dietowe zakupy moim koleżankom. Oczywiście przemiły Pan z pewnego eko sklepu, nadal wita mnie z pewnym uśmiechem na ustach, kiedy tam zaglądam (być może pamięta moje pierwsze zakupy, z których pośmiać się może), ale radzę sobie w kwestii wyboru produktów wyśmienicie. No cóż – praktyka czyni mistrzem, czyż nie? Wiem, że dla części z was takie zakupowe obawy, mogą się wydawać śmiesznym problemem, ale dla mnie, kompletnego żółtodzioba w tej kwestii, to naprawdę było dosyć stresujące przeżycie. Ale przechodząc dalej..

Jak się do takich zakupów przygotowałyśmy? Zaczęłyśmy z mamą oczywiście od sporządzenia porządnej listy. Rozpisałyśmy wszystkie produkty z przepisów, odznaczyłyśmy to, co było już w domu, a skupiłyśmy się na tym, co można dostać w zwykłym osiedlowym, na bazarku, i to, po co musiałyśmy udać się do sklepu ze zdrową żywnością. Zrobiłyśmy w gruncie rzeczy porządne, generalne zakupy. Teraz, kiedy coś nam się kończy, bądź potrzebujemy czegoś nowego do zakupienia, po prostu kupujemy to z dnia na dzień, ale zawsze pilnujemy, czy oby napewno mamy wszystko na każdy następny dzień. Zwykle to właśnie, ja po pracy, zasuwam na zakupy spożywcze. I tak,  jak na początku obawiałam się, że nie dam sobie przy swoim trybie życia z tym rady, że zbyt dużo będzie mnie kosztować codzienne ganianie po sklepach i szukanie niektórych niezidentyfikowanych wcześniej przeze mnie produktów (typu Tempeh), tak teraz cieszę się niezmiernie z każdego takiego wypadu, wiem już gdzie co znajdę i generalnie takie zakupy zajmują mi mało czasu. I dodam,  że cieszę się, że moja dietetyk zamieściła mi w diecie kilka takich niezidentyfikowanych produktów, gdyż sama prawdopodobnie nigdy bym ich nie spróbowała, a są po prostu przepyszne! Szczególnie Tempeh (polecam spróbować). :)

Jak żyć bez jaj, mięsa, mleka i zboża?

20160625_145034

No właśnie – do niedawna myślałam, że się nie da. Muszę na wstępie zaznaczyć, że jestem osobą, która generalnie nigdy wcześniej nie wykluczała ze swojej diety niczego (poza słodyczami, fast foodami i tym podobnymi). Jajka jadłam od zawsze i nie wyobrażałam sobie bez nich życia. Inaczej było z mlekiem, chociaż kiedyś nie do pomyślenia było dla mnie, żeby pić roślinne bebloty. Chlebkiem też nie pogardziłam, chociaż od pulchnych białych bułeczek trzymałam się generalnie z daleka, to pełnoziarnisty chleb uwielbiałam.

Zaczynając więc swoją dietę, zadawałam sobie pytanie – jak ja dam sobie radę? No bo jaja dodawałam prawie wszędzie. I kochałam je w każdej postaci. Spożywałam ich naprawdę duuuużo. Dużo za dużo – niestety. Uwielbiałam też jogurty z owocami, mleko dodawałam zazwyczaj tylko do kawy. No a gluten? Gdzie nie spojrzysz, pojawia się gluten. Nawet tam, gdzie się go kompletnie nie spodziewamy..

Okazało się, że to było doprawdy to, czego mój organizm ode mnie oczekiwał. Ciężki pod względem wykluczenia produktów, był w zasadzie pierwszy tydzień, gdzie czasami tęskniło mi się za jajem, czy chlebkiem pełnoziarnistym i jak już ktoś przy mnie to jadł, to robiłam minę „na płaczącego psa”. Po tygodniu tęsknota została zastąpiona rewelacyjnym samopoczuciem mojego organizmu i to w zupełności mi wystarczyło do tego, aby trwać w swoim postanowieniu, pilnować w 100% diety i z tych produktów na dobre zrezygnować. Aktualnie, po miesiącu, nie brakuje mi niczego – ani jajek, ani mleka, ani mięsa, ani pieczywa. To co aktualnie jem, w zupełności mi wystarcza. I co najśmieszniejsze – wiecie, że można wykombinować sobie smak jajka bez jajka? Tak jest – często na kolacje jem sałatki ze strączkami, typu soczewica, czy cieciorka, które smakują, jakby było w nich jajo. A jaja tam nie ma. A to wszystko za sprawą.. czarnej soli, która ma smak i zapach identyczny, jak smak i zapach jajek. Ot, taka ciekawostka. :) Jeżeli ktoś tęskni za smakiem jajka, a nie może go zjeść – polecam spróbować. :) Ogromnym ułatwieniem w kwestii unikania produktów nietolerowanych jest to, że po prostu ich nie kupuję, bo wybieram tylko to, co moja dieta zawierać musi. Jeżeli macie rozpisaną dietę i podane dokładnie – od a do z – produkty, które jeść możecie, to oczywiste jest to, że produkty nietolerowane idą w odstawkę. Wybierając się więc na zakupy, nie musicie wędrować pomiędzy pułkami i zastanawiać się „co mogę kupić, a czego nie”, „co będzie miało gluten w sobie, a co nie będzie go miało”, bo tak naprawdę Wasza dieta, to wasze wytyczne i bardzo dobra ściągawka. Nie wyobrażam sobie za bardzo sama wybierać produkty do diety, tak na własną rękę. W tym wypadku ogromnym plusem jest właśnie pomoc dietetyka.

„Mamo, dziwnie te bebloty wyglądają…”

Snapchat-3028486959626800320160618_100716Nowa dieta, to nowe smaki. Nowe smaki, to nowe doświadczenia. Które jak się okazuje, nie zawsze smakują „smacznie”. W wypadku mojej diety, pierwszy tydzień był ciężki pod względem śniadań. Akurat w tym pierwszym tygodniu wypadały nam z mamą różne kombinacje koktajli, na które akurat na początku bardzo się cieszyłam. Aż do czasu, kiedy spróbowałam pierwszego. Haha, szkoda, że nie nagrałam swojej reakcji. 😀 Byłaby doprawdy ciekawa. Koktajle kojarzą się wszystkim ze słodkimi owocami, pięknymi kolorami i oczywiście przepysznym smakiem. Moje koktajle są trochę inne, ale można szczerze napisać, że to prawdziwe bomby witaminowe. Oprócz owoców muszę dodawać do nich płatki quinoa, olej lniany, mak, orzechy, szpinak, jarmuż, siemię lniane. Smak.. no tutaj o smaku pisać nie można. 😀 Chociaż napiszę szczerze, bo szczera jestem – ciężko się je piło, oj bardzo ciężko, ale samopoczucie po wypiciu, było wprost fenomenalne. W każdym razie przez pierwszy tydzień, poranki były dosyć ciężkie. 😀 Może to kwestia przyzwyczajenia, może niestety nigdy mi nie posmakują, ale mając na uwadze to, jak się po nich czuję, zamierzam je oczywiście pić dalej. Za to drugi tydzień pod względem śniadań, to czyste niebo w gębie. Bezglutenowa granola (pieczona oczywiście samodzielnie), z mlekiem roślinnym i owocami, to doprawdy śniadanie, które czyni mnie szczęśliwą. 😀 I zdrową, bo to także bomba witaminowa. 

20160625_075744

Jeżeli chodzi o inne posiłki – to absolutnie uwielbiam obiady i kolacje. Nigdy nawet nie pomyślałam, że można wykombinować takie fajne posiłki, bez użycia mięsa czy jaj. Ale jak wiadomo, da się wszystko. I wszytko ma swoje zamienniki, jak się okazuje. Posiłki są tak różnorodne, że aż niemożliwym jest to, aby mi się znudziły. Mam zarówno posiłki, w których pojawia tofu, tempeh, różne warzywne kombinacje, jak i takie, gdzie pojawiają się smaki z kuchni tajskiej, różnego rodzaju kremy warzywne, tofucznica, spaghetti ze słonecznika. Jest tyle różnych, niesamowitych kombinacji, że doprawdy nie wiem, czy kiedykolwiek więcej zapragnę coś innego. Testuję masę nowych rzeczy, których sama pewnie nigdy bym nie zdecydowała się przetestować i spróbować. I to jest właśnie super – takie poszerzanie własnych horyzontów. :) Bo w diecie przecież też można! Nawet moja mama, która na początku podchodziła dosyć sceptycznie do tego typu „wynalazków’, stwierdziła, że czuje się ostatnio super. A w jej wypadku, to naprawdę przełomowe osiągnięcie. I to jest w tym wszystkim najważniejsze.

Gotowanie

Tutaj napiszę krótko – w kwestii gotowania zasługi trzeba przypisać w 80% mojej mamie. To ona szykuje te posiłki, na które ja nie mam w tygodniu czasu. Jest więc tak, że gdy wracam do domu z pracy, to mam przygotowane produkty na kolację i zawsze mam gotowy obiad na następny dzień. Koktajle, czy granolę robimy wspólnie. Drugie śniadanie robię sobie zazwyczaj w pracy. W tym aspekcie mogę więc napisać, że mam pełen komfort i luksus. I pod względem tego, że jemy z mamą to samo i pod względem tego, że mama zajmuje się gotowaniem. Ale mamy taki układ – ona gotuje, ja kupuje. Wydaje się być sprawiedliwym. 😀 Trzeba jednak przyznać, że dieta nie jest trudna, ani ciężka w przygotowaniu. Tym bardziej, po miesiącu, kiedy wszystkie przepisy zna się już prawie na pamięć i nie trzeba sięgać co raz wzrokiem do rozpiski.

Byle do cheata..?

 20160715_202009

Te słynne „byle do cheata”. Sama kiedyś praktykowałam system regularnego cheatowania dietowego. Na okazjonalne cheaty pozwalałam sobie raz lub dwa razy w tygodniu. Wtedy jadłam, co chciałam, nie patrząc na kalorie czy inne aspekty. Jak jest teraz? Jest tak, że – przez miesiąc nie miałam ani jednego cheata, z wyjątkiem wegańskiego burgera w Krowarzywa (pychota – polecam!) i maleńkiego kawałeczka tortu z okazji 80siątki mojego kochanego dziadka. Poza tymi dwoma przypadkami, nie skusiłam się na nic innego. Nie jem w ogóle słodyczy, ani fastfoodów, to oczywiste. Ale w aspekcie produktów nietolerowanych mogę wpisać sobie do dzienniczka 6. Nie to, żebym codziennie chodziła i jęczała, jak to bym zjadła to i to, a nie mogę. Po prostu już kompletnie mnie do tych produktów nie ciągnie. No bo, jak mogłoby mnie ciągnąć, kiedy wiem, jak bardzo mi szkodzą? Wiecie, czasami wmawiamy sobie, że przechodzimy na dietę, żeby zrzucić kilka kilo, żeby odsłonić mięśnie i pochwalić się ładną sylwetką na plaży. Ale to są postanowienia z założenia wątpliwe w utrzymaniu, bo po pewnym czasie dociera do nas, że nie potrzebny nam kaloryfer i szczupłe nogi, przez cały roku. Zupełnie, ale to zupełnie inaczej pilnuje się diety, kiedy robi się to ze względu na chorobę, która nam doskwiera i jej przykre skutki. Wiem co piszę, bo przecież jakieś dwa lata temu też mocno pilnowałam diety, a do tego intensywnie ćwiczyłam. Pomimo tego, że efekty były fajne, to mnie i ciągnęło do słodkiego, bo nie miałam pełnej świadomości, że jedząc słodkie szkodzę sobie bardziej, niż bym przypuszczała. Teraz jest zupełnie inaczej. Otworzyłam szerzej oczy. Zmieniłam  swoje podejście do zdrowego jedzenia o 180 stopni.

Suplementy

Suplementów zażywam aktualnie kilka. Najważniejsze dla mnie są niewątpliwie probiotyki. Jestem w trakcie trzeciego opakowania i na tym, na chwilę obecną, kończę swoją kurację. Te, które najbardziej poleca moja dietetyk, to probiotyki SanProbi Barrier (żółte opakowanie). Różnicę czułam już po pierwszym opakowaniu. Mój brzuch zaczął funkcjonować zupełnie inaczej. Jelita czuły się dobrze – jakkolwiek dziwnie to zabrzmi. Probiotyki są niezwykle istotne u osób, które cierpią na nietolerancje pokarmowe. Czemu? Bo nietolerancje pokarmowe w dużej mierze powodują to, że jelita zaczynają robić się nieszczelne i przeciekają. A to niesie za sobą niezdrowe i niebezpieczne dla organizmu konsekwencje. Probiotyki natomiast powodują to, że uszczelniają jelita, a te z kolei przestają przeciekać, a więc przestają przenosić do organizmu toksyny, bakterie, i tym podobne. Haha – teraz następna ciekawostka – wiecie jak sprawdzić, w jakim stanie są wasze jelita? Wypijcie sok z buraka, lub zjedzcie pieczonego, bądź ugotowanego. Jeżeli po kilku godzinach, kolokwialnie pisząc, będziecie siusiać na różowo, to znaczy, że wasze jelita nie są szczelne. Niby sprawa zabawna, ale można się dużo dowiedzieć!

Oprócz probiotyków zażywam witaminę D3 (dawka 5000 IU, z firmy Now Foods). To jest dla mnie konieczne z tego względu, że przy badaniu poziomu witaminy D3 wyszedł mi jej niedobór. Witaminę tą biorę już około dwa miesiące i niebawem idę na badania kontrolne, aby sprawdzić jak mój organizm na nią zareagował. Ważne jest to, aby łykać ją podczas jedzenia – u mnie albo w okolicach obiadu, albo kolacji, w każdym razie w posiłkach bogatych w tłuszcze.

Do witaminy D3 dołączyły również kapsułki z olejkiem z oregano. Olejek z oregano ma wiele cennych właściwości, u mnie natomiast miał za zadanie pozbyć się ewentualnych toksyn pasożytniczych. Łykam po dwie kapsułki, tak samo, jak w przypadku witaminy D3 – do obiadu, bądź kolacji.

Witamina K2 Mk7, to kolejna witamina, którą przyjmuję. Jest to jedna z tych witamin, o których nie słyszy się zbyt często. Ja przyjmują ją ze względu na to, że bardzo często doskwierają mi krwotoki z nosa. Witamina ta działa między innymi, na krzepliwość krwi.

Codziennie rano, przed śniadaniem, wypijam również łyżeczkę oleju lnianego, ale tylko dlatego, żeby nie dodawać go do posiłków porannych (granoli lub koktajlu), bo po prostu psuje smak. Jak cenne właściwości ma olej lniany, to wie pewnie większość z Was. Jest to cenne źródło niezbędnego kwasu OMEGA-3. A kwasy tłuszczowe OMEGA -3, zwiększają wrażliwość błon komórkowych na działanie insuliny.

I na tym koniec z moją suplementacją. Jest prosta, ale skuteczna. Na chwilę obecną nie zmieniam w niej niczego, ale zobaczymy, co będzie dalej. Bardzo się cieszę, że udało mi się w końcu wyćwiczyć regularność zażywania suplementów, gdyż bardzo często, wcześniej o tym zapominałam.

I podsumowując – jak się aktualnie czuję?

IMG_20160705_101519Napiszę wprost – o wiele lepiej i inaczej, niż czułam się jeszcze miesiąc temu. W zasadzie nie wiem, jak dieta zareagowała na moje problemy z cukrem i białymi krwinkami, gdyż badań kontrolnych jeszcze nie zrobiłam. Natomiast moje odczucia są oczywiście dosyć proste, a mianowicie:

  • po pierwsze – mam więcej energii do działania, znikło ciągłe przymulenie, ziewanie i generalne funkcjonowanie a’la człowiek zombie. Myślę, że dużą rolę tutaj odgrywa eliminacja „zamulającego”, jedzenia, ale także zapewne to, że mój cukier nie szaleje tak, jak w okresie, kiedy diety nie stosowałam.

  • po drugie – zniknęły bóle głowy, które w ostatnich kilku miesiącach towarzyszyły mi praktycznie codziennie i były nie do zniesienia, szczególnie, kiedy łeb boli, a w pracy trzeba trzymać się prosto. Tutaj oprócz diety, dużo zawdzięczam temu, że wzięłam tyłek w troki i zaczęłam wypijać co najmniej 2,5 l wody dziennie. Wyznaczyłam sobie prosty cel: Ev wchodzisz do kancelarii, stawiasz wielką butlę wody przed sobą i do końca dnia wypijasz ją całą. Po tygodniu picia odpowiednich ilości wody, czułam się już zupełnie inaczej. Wynika to z tego, że przy swoim trybie życia i pracy, doprowadziłam się do odwodnienia. Teraz, wypijając spore ilości wody, moja głowa zaprzestała buntów, boli tylko okazjonalnie.

  • po trzecie – mój organizm nie kumuluje nadmiernych ilości wody. Ten efekt zauważyłam już po dwóch tygodniach diety, kiedy to moje ulubione spodnie nagle zrobiły się trochę luźne. Zeszła opuchlizna z całego ciała, która niestety do niedawna doskwierała mi dosyć mocno. Nie chodzę ociężała, a też żadnych leków „odwadniających” nigdy nie stosowałam i stosować nie zamierzam.

  • po czwarte – łącznie przez ten miesiąc straciłam 2 kg – przy czym w dużej mierze, na tą liczbę składa się utrata nadmiernej wody, jednak muszę przyznać, że sama zauważyłam, że niektóre partie ciała wyszczuplały. Niektórzy pomyślą, że 2 kg to malutko, ale ja od razu zaznaczam, że celem mojej diety nie jest zrzucanie zbędnych kilogramów! I nawet takiego procesu się nie spodziewałam, jednak organizm zareagował inaczej. Najważniejsze jest to, że czuję się bardzo dobrze sama ze sobą.

  • po piąte – straciłam jakąkolwiek ochotę na słodycze i tym podobne. I to jest mega dziwne, choć z drugiej strony bardzo racjonalne. Muszę Wam tu szczerze zaznaczyć, że na miesiąc przed rozpoczęciem diety, zaraz po tym jak odbyłam wizytę u dietetyk, żarłam wszystko co popadnie – tak na pożegnanie i na dobry reset dietowy. Na to najczęściej składały się francuskie rogaliki z malinami lub drożdżówki porzeczkowe z piekarni przy kancelarii. Aktualnie, w ciągu tego miesiąca, nie zjadłam nawet kawałeczka gorzkiej czekolady! Nie to, abym musiała się mocno powstrzymywać i wycierać ślinotok na widok słodyczy – po prostu absolutnie mnie do nich nie ciągnie. To tak, jakby jakiś pstryczek w mojej głowie, odpowiedzialny za ciągoty do słodyczy, po prostu przestawił się na tryb „off”.

  • po szóste – mój brzuch jest płaski jak nigdy. Serio, takiego płaskiego dawno nie miałam. I nie chodzi tu o widoczność moich „abs”, a po prostu o to, że w środku wszystko gra i funkcjonuje tak, jak powinno. Nie ma „ciąży spożywczej, poposiłkowej”. Brzuch po jedzeniu jest w normalnych rozmiarach. 😀

  • po siódme – ładniejsza cera. Generalnie ja problemów z cerą dużych nie mam i nie mam na co narzekać w tej materii. Jednak mojej skórze na twarzy, zawsze brakowało „energii” – pomimo pielęgnacji, zwykle wyglądała na zmęczoną życiem i smutną. Wielkiego oczyszczania więc się nie spodziewałam, i takiego też w ciągu dwóch pierwszych tygodni nie doświadczyłam. Natomiast, w okolicach trzeciego tygodnia diety zaczęło się coś dziać – i mam tu na myśli dziwnego rodzaju wysypkę, która okazała się nie tyle uczuleniem, co po prostu oznaką procesu wewnętrznego oczyszczania. Proces ten trwa do dnia dzisiejszego, jednak cera wygląda inaczej. Jest taka świetlista i po prostu wygląda na zdrową. Kilka niespodzianek dalej na niej jest i sporadycznie pojawiają się nowe, ale bardzo dobrze, bo to oznacza, że organizm reaguje na dietę. Co więcej – twarz jest nawilżona. Nie pojawiają się suche skórki, które lubiły sobie zrobić pozowanie, od czasu do czasu na mojej japie, pomimo tego, że traktowałam je porządnymi nawilżaczami. Napiszę jeszcze więcej – na wizycie u dietetyka, Pani Wiola oglądając moją cerę powiedziała, że mam typową dla nietolerancji „kaszkę” na czole i przypuszcza, że to od jajek. Jajek nie jem już prawie dwa miesiące – dziwnej kaszki nie ma. :)

  • po ósme –  jędrniejsze ciało. Tutaj również fanfarów się nie spodziewałam, bo wiadomo jak jest, jak się intensywnie ćwiczy i nagle przestaje. Mięśnie mówią papa, jędrna skóra żegna się zaraz po nich. Moje ciało po zaprzestaniu treningów nie było już, takie fajne. Generalnie nic do niego nie mam i akceptuję siebie taką, jaka jestem, ale.. oglądając się kilka dni temu w lustrze zauważyłam ogroooomną różnicę. Skóra stała się napewno bardziej zbita, napięta i gładka. Wszelkiego rodzaju skórka pomarańczowa, która pojawiła się w ciągu kilku ostatnich miesięcy, teraz zrobiła się o wiele mniej widoczna. Dodam, że aktualnie nie stosuję żadnych masaży ujędrniających, ale niedługo planuję takie rozpocząć. :)

  • po dziewiąte – świadomość, że robi się dla siebie i swojego zdrowia dużo, dużo dobrego. Serio, to naprawdę każdego dnia napędza mnie jeszcze bardziej w przekonaniu, że w końcu trafiłam na dobrą drogę i to co robię, ma sens. Po roku szwędania się po gabinetach lekarskich, znalazłam kogoś, kto nie tylko wyjaśnił mi, co mi dolega, ale przede wszystkim pomaga mi to skutecznie zwalczyć. Każdego dnia budzę się i cieszę się, że robię sobie samej przysługę. Mój organizm czuje ogromną różnicę, a ja odczuwam ją także od kwestii psychicznej. Zmieniłam zupełnie swoje nastawienie w stosunku do diety. Zmieniłam kompletnie swój światopogląd na temat jedzenia. Takich zmian w diecie, nie miałam nigdy. Na serio bałam się, że to za dużo, że nie podołam. Jednak idzie jak po maśle, tak jak powinno być. :)

  • po dziesiąte – moja mama. Moja mama, która od około 7 lat boryka się z ogromnymi problemami zdrowotnymi, teraz sama przyznaje, że czuje ogromną różnicę. A to dopiero miesiąc. Pominę to, że oczywiście spadło jej kilka kilogramów i znacząco wyszczuplała, ale dolegliwości, które powstały w skutek zaburzenia pracy serca, w skutek przyjmowanych leków, w skutek tego, że przez te leki jej układ trawienny nie pracuje tak jak powinien i co najważniejsze – te leki nie pomagały jej na to, co najbardziej jej doskwierało – te wszystkie dolegliwości się zmieniły. I to nie tylko jej odczucia, ale potwierdziły to także jej badania, gdzie wyniki miała tak dobre, jakich nie miała dawno..Dodam jeszcze, że mama dwa miesiące temu przeszła operację – wymianę kardiowertera, który w tej chwili ma za zadanie ratować jej życie. Myślę, że w tak krótkim czasie doszła do siebie, między innymi, właśnie dzięki tak dobrej diecie. A to cieszy najbardziej. :)

I na koniec napiszę wam jeszcze słówko – tym, którym udało się do tego momentu dotrwać, serdecznie gratuluję – ale, utwierdziłam się w tym przekonaniu, że odpowiednio dobraną dietą, można zwalczyć wiele chorób i dolegliwości. Bez szprycowania siebie olbrzymimi dawkami leków. Bez ciągłych wizyt w gabinetach lekarskich, które z mojego doświadczenia, pogarszają tylko sytuację, zamiast ją poprawiać. Ostatni rok pod tym względem dla mnie, to była istna walka z wiatrakami i bezsilność. Teraz w końcu mam tą pewność, że w kwestii mojego zdrowia, idę w dobrym kierunku. Nadal jest wiele do zmian, bo nadal są kwestie, które na moje zdrowie mają olbrzymi wpływ. Jak chociażby olbrzymie dawki stresu, które dzień w dzień musi odczuwać mój organizm, a które wiem, że bardzo go niszczą. Sama zdaję sobie z tego sprawę i wiem, że w tej kwestii również potrzebuję zmian.

Nie jest perfekcyjnie, ale jest lepiej, niż kiedykolwiek mogłabym przypuszczać. :)

Za wszystkie wiadomości od was, w kwestii diety i mojego samopoczucia, serdecznie Wam dziękuję. Mam kochanych czytelników, którzy zawsze wiedzą, w którym momencie szepnąć mi miłe i pokrzepiające słowo..

IMG_20160715_202744Trzymajcie się cieplutko i przede wszystkim ZDROWO!

Tu zawsze Ev będzie Wam życzyć właśnie tego – zdrowia..

Buziaki,

Ev.

8 Responses

  1. Karolina

    Czyatałam z zaciekawieniem, może dlatego, ze aktualnie zmagam się z podobnymi problemami. Moje alergie pokarmowe uprzykrzają mi życie. Walczymy z moją dietetyczką, tak jak walczyłaś Ty, ażeby znikła opuchlizna z brzucha i żeby wyeliminować wszystko to co mi szkodzi, a lista jest naprawdę pokaźna 😉 No cóż, każdy ma jakiś urok a tylko słabi się poddają. 3mam więc kciuki za Ciebie ! Koniecznie napisz czy rzeczywiście wszystkie Twoje wcześniejsze dolegliwości zniknęły. Pozdrawiam !

  2. Dominika

    Czy mogłabyś mi podać namiary do swojej dietetyczki? Borykam sie z ostra niedokrwistością a branie leków nie pomaga. Moze ktoś mi podpowie co jeść .

  3. Aneta

    Hej, czy mogłabyś napisać post z przykładowymi przepisami na cały dzień z Twojej diety? Jestem bardzo ciekawa jak wyglądają takie posiłki bo sama nie jem jaj i mleka i chciałabym całkowicie zrezygnować z glutenu i mięsa. Czy taka dieta/sposób życia jest droga?
    Gratuluje wytrwałości i życzę zdrowia ;))

  4. Marta

    Ile ty czasu dziwczynko spedzasz na robieniu sobie samej zdjec to jest narcyzm wiesz o tym? straszne,koniczny psycholog nie chce cie namawiac ale pomysl to juz jest choroba a co rodzice co na to? jesli to robisz dla zysku to jeszcze cie to stawia w gorszym polozeniu, jestes ofiara biedna dziewczynko XX! wieku gdzie social network opanowal kompletnie mozgi dziwczynek takich jak ty, czy nie lepiej zapisac sie jako wolontariusz w schronisku dla zwierzat albo zrobic cos dla kogos?. marnujesz czas. widac niestety ze jestes rozpieszczona, ale to niestety tez choroba i wina rodzicow. ja nie jestem twoja rowiesnica i nie mam juz ci co zazdrowscic, wiec moj list nie jest tym spowodowany.chcialam napisac kilka slow poniewaz mam tez corke w twoim wieku i bardzo sie martwie o tego typu zachowania, Internet niestety nie jest dla wszystkich, trzeba umisìec z niego korzystac. pomysl nad swoim zyciem, pozdrwiam.

Leave a Reply