19
Lip
2015
6

Co się z tobą działo Ev?

Uff.. nawet nie wiecie ile czasu zbierałam się do tego, żeby tu w końcu zajrzeć. Ciężko było niesamowicie. Wiecie czemu? Bo tak naprawdę nawet nie wiedziałabym wcześniej co tu napisać. Ale w końcu kiedyś trzeba się zebrać i przełamać. Więc – oto jestem – powracam i mam nadzieję, że już nigdzie nie zniknę :)

Processed with VSCOcam with b1 preset

Jak wiecie – ja – osoba zwana Eweliną, endorfinoholiczką sportową – kocham ćwiczyć i można rzec, że moja pasja trzyma się ze mną już ponad dwa lata. Poprostu – pewnego dnia złapałam bakcyla i wiedziałam, że nie będę potrafiła bez tego żyć. Tak ja, ta która na w-fie zawsze miała wymówkę, żeby nie ćwiczyć! Sport wkradł się w moje serce całkowicie, spontanicznie i przypadkowo.

Podczas tych dwóch lat czerpałam z ćwiczeń ogromną przyjemność – to był mój prywatny środek na zły humor, na zły nastrój, na problemy, depresję, wszelkie niepowodzenia życiowe.. Wiedziałam, że trening może zamienić każdy dzień w lepszy. Dlatego właśnie ćwiczyłam – moim celem absolutnie nie było piękne i zgrabne ciało, bez zbędnego tłuszczyku.

Dzięki ćwiczeniom nabrałam pewnego dystansu do wszystkiego, ale także dużo siły fizycznej – bo przecież to idzie ze sobą, pomimo wszystko, w parze. Moi znajomi zastanawiali się jak to jest, że takie maleństwo ma w sobie takie pokłady siły i potrafi tak cisnąć. Oj potrafiłam – sama się sobie dziwiłam, że stać mnie na coraz więcej i więcej, I bardzo mi się to podobało. Potrafiłam w ciągu jednego dnia zrobić morderczy trening interwałowy, a potem wyjść jeszcze na 10 kilometrowy bieg z koleżanką. Nic w tym nadzwyczajnego dla zawodowych sportowców, ale dla osoby, która od zawsze miała zwolnienie z biegów, to duża sprawa.

Czułam się z tym super! Nawet nie wiecie jak bardzo podobało mi się czucie się „silną”!

Więc co się stało?

Chyba mogę podsumować to tylko tak – życie się stało.

Pamiętam jak w sylwestra o północy wyszłam na dwór oglądać fajerwerki, samotnie wgapiając się w niebo, rozmyślając o różnych rzeczach.. powiedziałam sobie „Ev to będzie Twój rok! W końcu pokażesz sobie na co Cię stać! Do cholery..”. Wszystko szło fajnie, były regularne treningi, zdrowa dieta i ambitne plany z tym związane. Zawsze marzyło mi się, by pracować z ludźmi i pokazywać im, że sport to naturalny antydepresant i wykurzacz złego nastroju. Chciałam być motywatorką niczym Ewa Chodakowska! Albo i jeszcze lepszą w przypływie optymizmu i marzeń. I co? Ev trafiła do pracy – do kancelarii notarialnej, bo tak się składa, że z wykształcenia jestem prawniczką. Obiecałam sobie, że nie zmarnuję tego co osiągnęłam i dalej będę ćwiczyć i zdrowo jeść. Tak też robiłam, jednak z czasem stało się to okropnie trudne. Nie chodziło o brak motywacji. Chodziło raczej o brak siły. Codzienne wstawanie o 5 rano i powroty około godziny 19  stały się okropnie męczące. Do tego sama praca w kancelarii też do przyjemnych nie należała. Nie chodzi tu o to, że siedzenie w Kancelarii to katusze, ale odpowiedzialność z jaką wiąże się ta praca i ciągły stres w końcu dały o sobie znać.

Zaczęłam czuć się źle. Chodziłam zmęczona, rozdrażniona, przygaszona i smutna. Nie miałam ochoty na treningi a pomimo to ćwiczyłam. Myślałam, że to przejściowe osłabienie, za dużo nagromadziło się na głowie. Minie. Nie minęło niestety. Objawy zaczęły się wzmacniać, a ja w końcu ogarnęłam, że dzieje się ze mną coś złego. Zwlekałam aby wybrać się do lekarza do momentu, w którym zasłabłam. Wtedy coś mnie w końcu kopnęło w tyłek, zrobiłam badania i przeżyłam szok. Było dla mnie kompletnie nie logicznym to, że osoba, która dba o kondycję i zdrowie ma tak słabe badania. Załamałam się tym.

Mój problem tkwił i dalej tkwi w zbyt małej ilości białych krwinek. Moje badania wskazywały o wiele mniejszą liczbę, niż zakłada najniższa granica. Wchodząc w internet, jedyne co się ukazuje, to różne choroby szpiku kostnego i białaczki. Taka panikara jak ja, ma teraz nauczkę by nie guglować żadnych chorób i objawów w necie! Kilka nocy nieprzespanych w gwarancji jak nic..

W każdym razie zaczęłam konsultacje z lekarzami, by dowiedzieć się, co jest przyczyną tak słabych wyników. Co gabinet to inna zagadka. Dostałam zalecenie, by stanowczo zrezygnować z jakichkolwiek treningów i wypoczywać jak najwięcej, a przede wszystkim ograniczyć stres. Przez miesiąc wracałam do domu i odpoczywałam tak, jak zalecił lekarz. I to było okropnie ciężkie, bo nie do tego byłam przyzwyczajona. Ciężko było leżeć i nic nie robić, gdy dla przykładu, moja siostra w pokoju obok cisnęła i wychodziła zlana potem i uśmiechnięta od ucha do ucha. Zastanawiałam się kiedy ja będę mogła tak pocisnąć. I dalej się dołowałam..

Moje samopoczucie nie poprawiło się zbytnio. Wciąż towarzyszył mi brak siły, osłabienie. Wypadały mi garściami włosy. Praktycznie codziennie pojawiały się krwotoki z nosa, bóle głowy, zawroty. Apetyt zerowy, więc o trzymaniu diety nie było mowy.

Byłam okropnie zdołowana i przytłoczona tym wszystkim.  Czułam się chora. Wchodząc na fb i patrząc na wszystkie fit posty innych osób, łapałam jeszcze większego doła. Nie wspominając o tym, że sama nie byłam w stanie zajrzeć tu, a już w ogóle nie mówiąc o tym, żeby cokolwiek napisać. Robiłam kilka dobrych podejść, ale za każdym razem rezygnowałam.

Ten blog i mój fb były dla mnie bardzo ważne z kilku przyczyn:

  1. bo do ich założenia namówiły mnie bardzo mi bliskie osoby, które wierzyły we mnie bardziej niż ja sama w siebie
  2. bo sama wzięłam się potem w garść i nad nimi pracowałam, przełamując swoje lęki i obawy,
  3. przede wszystkim były podsumowaniem mojej przemiany i tego, jak sport na mnie wpłynął i jak mnie zmienił..

Miałam wrażenie, że zawodzę samą siebie – bo ta silna i zawzięta Ev, która do was tutaj pisała, gdzieś sobie poszła i zaginęła w akcji. Czułam się kompletnie inną osobą. Moja energia i zawzięcie gdzieś uszło bokiem..

Pewnego dnia jedna z bliskich mi osób napisała mi „Ev maleństwo! Ty nie jesteś stworzona do przegrywania!” Pomyślałam sobie – kurcze, no nie jestem.. Bo wiele było kryzysowych sytuacji, a zawsze udawało mi się z nich wyjść w miarę cało. Teraz mam przed sobą kolejne wyzwanie i znowu dam radę! Spięłam się. Odbyłam kilka konsultacji z innymi lekarzami, którzy w większym bądź mniejszym stopniu podnieśli mnie na duchu. W końcu usłyszałam – „Może Pani ćwiczyć, ale dla przyjemności, bez szaleństw!”. Jak to – wariat może ćwiczyć tylko po wariacku! Ale i tak się ucieszyłam!

Processed with VSCOcam with f2 preset

Od tamtej pory powoli wracam do siebie. Dalej mam problem z leukocytami, dalej czuję się kiepsko, jednak wprowadziłam w miarę przyzwoity plan treningowy, w ramach kompromisu, który napewno wam opiszę :)

Czuję, że powoli nabieram siły. Początki po przerwie były straszne. Męczyło mnie nawet wchodzenie po schodach. Sapałam jak stara babcia. Nie mówiąc o biegach, czy interwałach, które kocham. Kondycja spadła okropnie. Wierzę jednak, że jeszcze do nich wrócę.

Oswajam się też z powrotem tutaj :) Mogąc znowu ćwiczyć, mogę też i was motywować. Mam kolejną cenną nauczkę od życia, że niestety, ale plany planami, a zdrowie zdrowiem. Trzeba o nie dbać, kontrolować je i nie bać się lekarzy.

Zdrówka Wam wszystkim, którzy jeszcze tu zaglądają!

Processed with VSCOcam with f2 presetEv :)

6 Responses

  1. Dominika

    Ev! Ja w Ciebie wierzę, więc Ty sama także wierz w siebie. Jesteś wspaniałą, mądrą osobą – i nawet nie próbuj myśleć inaczej!
    Życzę dużo zdrowia :)

    1. Ewelina

      aaaa dzięki Ci za takie ciepłe słowa! Nawet nie wiesz jak bardzo miło mi się to w obecnej sytuacji czyta! Dziękuuuję po stokroć <3

  2. Lidka

    Trzymaj sie Ev! Jesteś moja motywacja, dzieki Tobie wzięłam sie w garść.
    Życzę Ci dużo zdrówka i żebyś dalej zarażała tą pozytywną energią

Leave a Reply