15
Kwi
2016
8

💗 W marcu, czyli o mleku kokosowym, cudownych kubkach Starbucks i muzyce, która podbiła moje serducho..

Ogarnij się, Ev ogarnij. I popraw się. Yhhh. Systematyka moich wpisów mnie zatrważa. Ostatni post tego typu był w… listopadzie? O ile mnie pamięć nie myli, to i owszem. Czy obiecuję poprawę? Obiecać nie mogę. Ale popisać sobie ostatnio lubię. :) Co skutkuje bardzo pozytywnie. A, że z treningami u mnie krucho, to tematyka będzie trochę inna.

Do rzeczy – zebrało się kilka „rzeczy” z marca, które obdarzyłam mocnym uczuciem, zatem więc – przekazuję miłość i energię dalej! A co tam, nie lubię być samolubem 😀 Soo..let’s get the party started..

 Mleko kokosowe & nowe kubki Starbucks i Vanila Bean Latte Macchiato w nich

20160415_190434-sideMleko kokosowe, to produkt, który w zasadzie zagościł u mnie ostatnimi czasy na stałe. Kombinując co nieco ze swoją dietą, postanowiłam usunąć z niej na jakiś czas nabiał, a uściślając – nie usunęłam go jeszcze zupełnie, ale w dużym stopniu ograniczyłam i już widzę różnicę. Przede wszystkim zyskała na tym moja cera, gdyż stała się gładsza. A może to tylko moje domysły? Tego nie wiem i aby stwierdzić to, czy odstawienie nabiału mi w czymś pomoże, potrzebuję zdecydowanie więcej czasu. Natomiast wracając do kokosowego mleka – te konkretne jest dosładzane syropem z agawy. I smakuje prawdziwym kokosem. Nie jak woda z 0,001 % aromatu kokosowego. Dodaję je do swoich omletów, do owsianki i przede wszystkim, do kawy. Wiecie jak cudownie smakuje imitacja kokosowego latte, zrobiona na szybko w pracy? Humor z rana poprawiony, na raz, dwa, trzy, po wypiciu. Speaking about cofee.. Ja już dawno wyznałam, że mam słabość do kawy. Po prostu lubię sobie wziąć na drogę kawę na wynos. To sprawia, że relaksuję się i czuję się lepiej. Poza tym lubię smak kawy. Kiedyś miałam obsesję na punkcie karmelowego macchiato (i mam do tej pory, ale ze względu na kaloryczność ograniczam.. choć czasami spontanicznie wpada 😉 ), potem przyszedł czas na Chai Orca, w zimę króluje Gingerbread Latte, ostatnio ulubieńcem była kokosowa latte (ale tu sobie poradziłam sama), a teraz uwielbiam Vanila Bean Latte Macchiato, które zmieniam w ten sposób, że wybieram na mleku bez laktozy i z syropem bezcukrowym w ilości 1/2. Ale pomijając samą kawę, nowe kubki w Starbucks, to istny oczo-pocieszacz! Są prześliczne. A skoro taka mała drobnostka potrafi poprawić humor, to dlaczego z niej nie skorzystać?

Andrew Belle, Years&Years i Coldplay

W tej chwili ze Spotify leci Eyes shut” Years&Years (klik). Nie wiem dlaczego wpadłam w szał słuchania tego zespołu, ale przez praktycznie cały marzec towarzyszyli mi w drodze do i z pracy. Z resztą towarzyszą też w kwietniu. Jest w nich coś.. innego. A ja lubię inne rzeczy.

Andrew Belle – to w sumie mój powrót. Pamiętam jak kilka lat temu wariowałam na punkcie Pamiętników wampirów, a tam właśnie usłyszałam pierwszy raz piosenkę In my veins (klik) (ciągle przy niej przepadałam..), i przepadłam (racja, czyli dalej przepadam). Potem nastała faza na Make it without you (klik). Teraz jest faza na Pieces (klik). I tą chyba lubię najbardziej. Nie wiem dlaczego miałam ją zapisaną na playliście od kilku miesięcy, a zwykle jak się gdzieś pojawiała, to po kilku sekundach ją automatycznie przewijałam. Raz dałam jej szansę. I wtedy przepadłam na dobre. Ten facet ma w głosie coś magnetycznego. A jego muzyka jest poruszająca do granic możliwości. Dla mnie idealny głos na samotne wieczory z lampką wina. Coby wydobyć na światło dzienne wszelkie wspomnienia i tęsknoty.

A Coldplay? Czy ja muszę tu coś dodawać? Chyba tylko to, że liczę na cud, iż w tym roku zjawią się w Polsce. O zgrozo, byłabym w stanie wydać wszelkie pieniądze na ten cel. Uwielbiam A head full of dreams (już za sam tytuł). Ale ostatnio powróciłam też do ich starszych płyt. I tak na tapecie jest regularnie Violet hill (klik), Strawberry swing (klik) i.. What if (klik). Nie wspominam o Fix you (klik). Bo ta piosenka, to mój numer 1. Coldplay’owych piosenek.

Tess Gerritsen

20160319_125616Ta Pani, to Harlan Coben w babskim wydaniu (nie ujmując ani Panu Cobenowi ani Pani Gerritsen). Uwielbiam ją i sama sobie się dziwię, że dopiero w marcu po nią sięgnęłam. Kończę jej trzecią książkę, w zanadrzu mam już czwartą. A przy mojej wadzie wzroku (-8,75 dioptrii), to nie lada wyzwanie. Jeśli lubicie więc dobre thrillery z medycznym i tajemniczym klimatem, szukacie dobrej rozrywki i efektownego pobudzenia, to szczerze ją polecam. Jak na razie moim numer 1. jest Infekcja. Doktor Harper i Doktor Dvorak…ahh. Ale dopiero się rozkręcam więc, zobaczymy jak potoczą się te czytelnicze losy (czytaj – myślę, że ciężko będzie wybrać ulubioną).

MAC Faux i Essie Lady Like, Ziaja i Beauty Blender

20160415_185836-side20160415_190134-sideJako kobieta pracująca i wiecznie zapracowana, wychodzę z założenia, że każda z nas powinna mieć w torebce trzy rzeczy (oczywiście oprócz tysiąca innych, które zwykle się w niej i tak  znajdują), a mianowicie: dobry korektor pod oczy – must have, a do tego ulubioną pomadkę do ust i ulubiony lakier do paznokci. U mnie w marcu zdecydowanie królowały kolory stonowane. Za pomadkę Faux ciągle obwiniam Callmeblondieee – Basia wstydź się dalej! <3 Ale czyż ta pomadka nie jest prześliczna? Dodaje twarzy takiej delikatności i tajemniczości. Niby jest akcent, ale delikatny i naturalny. Jak dla mnie w sam raz. W mojej pracy krzykliwe kolory nie wchodzą w grę. W ogóle pomadki MAC to takie cukierki, pocieszyciele, które nie tuczą, a skutecznie poprawiają humor w kiepski dzień. Lady Like natomiast zgapiłam sama. U mnie niepomalowane paznokcie to rzadkość. Serio, zawsze muszę mieć coś na pazurach. A Lady Like jest taki… lady like. :) Delikatny, subtelny, kobiecy, dający efekt zadbanych dłoni. Dodatkowo lakiery Essie trzymają się na paznokciach jak szalone. Nawet u osób, które non stop walą w klawiaturę i grzebią w tonach papieru. Beauty Blender używam od roku i szczerze sobie nie wyobrażam bez niego, swojego makijażu. Raz, że jest ekspresowy w użyciu, dwa, że to sama przyjemność używać go rano, a trzy, że makijaż na twarzy wygląda zupełnie inaczej, niż przy użyciu pędzli. I to jest magia beauty blendera – kto używał, ten wie, kto nie – gorąco zachęcam, aby spróbować. A napewno sporządzę na jego temat posta, bo zdecydowanie ta słodka, różowa gąbeczka, zasługuje na chwilę fejmu. A Ziaja.. to krem, do twarzy, w którym się absolutnie zakochałam. Wróć – powróciła stara miłość! Używałam tego kremu kiedyś, oczywiście z polecenia Callmeblondieee <3 Kto by pomyślał, że krem, który kosztuje niecałe 20 zł, jest tak cudowny? Ten konkretny produkt jest delikatny, pięknie pachnie, nawilża cudownie skórę i jest uniwersalny, bo używam go i w dzień i na noc i w obu przypadkach sprawuje się genialnie. Dziewczyny – 20 zł! Kocham wynajdywać takie perełki. Spróbujcie, a nie pożałujecie. Obiecuję. :)


I to tyle na dzisiaj gagatki. Siedzę sobie właśnie w ten piątkowy wieczór w fotelu i relaksuję się na całego. W uszach leci Florence and The Machine – Over the love (coś czuję, że szybko słuchać nie skończę)…

Buźka i do następnego! :)

Ev. 20160415_190003-1

Leave a Reply