1
Gru
2015
4

♥ W LISTOPADZIE

Gdzie ja byłam, kiedy ten miesiąc minął? To aż niepoważne jak szybko mija ten rok. Mam wrażenie, jakbym na co najmniej kilka miesięcy zapadła w śpiączkę i dopiero powoli się z niej wybudzała, oswajając się z tym, że mamy prawie koniec roku 2015. A co najśmieszniejsze, pamiętam jakby to było miesiąc temu, jak świętowałam jego początek, obiecując sobie, że ten rok będzie wyjątkowy i szczególny dla mnie. Taaa..

Przejdźmy do rzeczy, a mianowicie do tego, co w tym miesiącu – LISTOPADZIE– podbiło moje serce absolutnie i totalnie!

ADELE 25


O mamuniu, czekałam na jej powrót całe wieki! Kocham Adele i jej głos i jej piosenki, bo są tak realistyczne i życiowe i zawsze pasujące, że chyba bardziej już być nie mogą, Pamiętam jak pierwszy raz usłyszałam Hello w drodze z pracy do domu – nie pamiętam jak ją pokonałam, bo byłam totalnie zahipnotyzowana. Wiedziałam, że ta płyta będzie przegenialna zanim jeszcze ją zamówiłam. Nie mogłam normalnie usiedzieć w pracy, przebierając nogami, aby jak najszybciej odebrać zamówienie w dniu premiery. Moja przyjaciółka, która też ją kocha, napisała mi tylko „Ewela mam ją!” Jest cudowna. Wracając razem do domu, słuchałyśmy jej i.. wyłyśmy jak dwa bobry. Ta płyta otwiera wszystkie kanaliki w mózgu, jakie od lat były zatkane bądź uśpione. Wydobywa na wierzch wszystkie smutki, żale, tęsknoty serca, ale w pozytywny sposób, bo je oczyszcza.. Sama Adele, zapytana o krótkie podsumowanie tej płyty powiedziała, że ” to płyta o pogodzeniu się. Pogodzeniu się z samą sobą. Pogodzeniu się ze stratą czasu. Pogodzeniu się ze wszystkim, co zrobiłam i czego nie zrobiłam.I taka dokładnie jest – słucha się jej wyjątkowo emocjonalnie. Pamiętam, że przez cały weekend, słuchając jej, zalewałam się łzami, ale pomimo wszystko to były bardzo oczyszczające łzy.

Jest cudowna w każdym calu. Kocham wszystkie 11 piosenek na tej płycie, ale gdybyście zapytali mnie o moje ulubione to niewątpliwie były by nimi : When we where young (bo pasuje mi pod każdym lirycznym względem i przypomina kogoś, kto był ogromną częścią mojego życia), Remedy (bo jest absolutnie cudowna), Love in the dark (chyba najsmutniejsza ze wszystkich), Million years ago (boże cudo, które chyba podpasuje każdemu!). Jeżeli nie słyszeliście jeszcze żadnej z tych piosenek, a nie macie płyty, to Ev podrzuca wam wersję live dwóch z nich, które są tak samo niesamowite jak te nagrane na płycie. Słuchajcie i kochajcie Adele ♥

BLUZA Z OYSHO


Aaa nie potrafię opisać jak bardzo podbiła moje serce!

Historia z nią jest dosyć oczywista – jak to bywa po ciężkim tygodniu pracy kobiety pracującej, wybiera się ona na zakupy, aby poprawić sobie humor. Wpada do sklepu z bielizną, gdzie roi się od wszelkich koronek i oczywiście jej wzrok przykuwa włochaty, pluszaty szop! A jakże, musiałabym się nie nazywać Eweliną, żeby nie zwrócić na tą bluzę uwagi. Kocham ją nad życie. Po pierwsze bo jest tak urocza, że inaczej się nie da. Po drugie jest tak milutka, że siedzenie/spanie w niej to istna przyjemność (dodatkowo w pierwszą noc w którą ją założyłam, udało mi się zasnąć na jakieś 11 godzin, po ponad miesiącu bezsennych nocy), po trzecie.. cholera, ten szop ma łapki na rzepy! Można je odpiąć i z zawstydzonego szopa, robi się szop, który puszcza niewinnie oczko. #howcute #howsweet #howsexy

Jeżeli chcecie się w taką (bądź inną, bo nowa kolekcja Oysho przyprawia o zawrót serca!) zaopatrzyć to polecam zerknąć sobie na stronę OYSHO klik bądź do sklepów stacjonarnych :) Cena – 100 zł.

DZIEWCZYNA Z POCIĄGU I MOC POZYTYWNEGO MYŚLENIA


To książki, które wywarły na mnie niemałe wrażenie we wrześniu. Dwie skrajnie różne i dwie bardzo dobre. „Dziewczyna z pociągu” Pauli Hawkins, to książka która wciąga od pierwszej strony. Ludzie, którzy ją przeczytali podsumowują, że jest totalnie inna niż wszystkie i tak też jest. Nie czytałam jeszcze podobnej książki do niej. Jeżeli jesteście fanami thrillerów lekko podsycanych kryminałem to bardzo polecam, bo czytanie jej to świetna rozrywka. Natomiast „Moc pozytywnego myślenia” Normana V. Peale’a to książka skrajnie inna od „Dziewczyny z pociągu”. Mam do niej ogromny sentyment, bo a) dostałam ją w prezencie urodzinowym, b) jest skarbnicą rad wprost idealnych. Jako osoba, która nieustannie szuka sensu życia, inspiracji i wszelkich dróg do zmian, gubiąc się przy tym na każdym kroku, prezent ten był strzałem w dziesiątkę. Wiem co sobie niektórzy z was pomyślą – że to żałosne czytać takie książki, że czytanie takich książek nic nie daje, że w niczym nam nie pomogą tego typu poradniki. Sama tak też niedawno myślałam, jednak ta książka koi myśli i umysł od pierwszych stron. Nie chcę jej opisywać i podsumowywać, bo de facto jeszcze jej nie skończyłam. Czytam ją powoli, wieczorami w łóżku, często powracając do wcześniejszych stron. W sumie to nie jest czytanie, a nauka. Uczę się z niej i chcę z tej lektury wynieść jak najwięcej. Polecam wam z całego serca jej zakup. Szczególnie, jeżeli też życie daje wam ostatnio w kość.

NIECH ŻYJE BICEPS EV


Punktu o treningach zabraknąć oczywiście nie mogło. Jakbym miała podsumować treningowy listopad, to napisałabym (a właściwie piszę), że niewątpliwie był to miesiąc w którym katowałam swoje patykowate łapy, które jak widać patyków już nie przypominają. W głównej mierze skupiam się ostatnio na treningach siłowych, z lekkim obciążeniem. A najbardziej skupiam się właśnie na górnych partiach ciała. W odstawkę natomiast poszły wszelkiego rodzaju interwały i tabaty – bo najzwyklej na świecie nie mogę na razie sobie na nie pozwolić. Trening siłowy sprawia mi niesamowitą frajdę, bo przede wszystkim DZIAŁA. Byłam w szoku, kiedy któregoś dnia podrapałam się po łapie i wyczułam w niej sporą zmianę. Do tej pory nie mogę wyjść z szoku, jak patrzę w lustro. Ja wiem, że dla niektórych to jest nic, ale dla mnie to jest bardzo duże coś! Przy aktualnym stanie zdrowia, braku czasu i ciągłym zmęczeniu, cieszę się z każdych zmian. Bo każde, nawet najmniejsze zmiany są oznaką tego, że idę powolutku do przodu. Jeżeli miałabym wam polecić konkretne treningi na górne partie ciała, to chyba najbardziej podobają mi się te z programu FOCUS T 25 Shauna T, którego jak wiecie (bądź nie) kocham nad życie!  Treningi trwają 25 minut – ja je poprzedzam dosyć długą rozgrzewką, a kończę rozciąganiem mięśni. Czasami robię dwa pod rząd, czasami jeden. Moimi absolutnie ulubionymi są – Upper focusRipT circut.

TOO FACED MILK CHOCOLATE BRONZER


Bronzer do twarzy o zapachu i smaku mlecznej czekolady. Tak – smakuje jak pyszna mleczna czekolada. Zastanawiacie się czy próbowałam? Oczywiście! I za każdym razem, kiedy go używam mam problem, żeby nie wsadzić w niego palucha. Ten bronzer to istne cudo. Pomijając zapach i smak, to po prostu rewelacyjny kosmetyk. Bladolicym osobom ciężko jest znaleźć bronzer, który nie zrobi im z gęby pomarańczowej plamy. Używając tego, nie musimy się o to martwić. Jest całkowicie bezpieczny, nie ma w swoim odcieniu grama pomarańczowych tonów. Rozprowadza się na twarzy jak marzenie. Wygląda ślicznie, naturalnie, a na tym zależy mi najbardziej. No i ten zapach. I smak. To czekolada, która nie tuczy! Do kupienia w salonach Sephora. Cena – 115 zł.

Maseczka ORIGINS DRINK UP™ INTENSIVE


Czyli odżywczy koktajl dla odwodnionej i zmęczonej skóry. Firmę Origins kocham, bo jest to jedna z niewielu, która naprawdę bazuje na naturalnych składnikach i napiszę wam jeszcze szczerze, że żaden ich produkt mnie jeszcze nie zawiódł. Tą maseczkę poleciła mi bardzo miła Pani ze sklepu stacjonarnego ORIGINS w Galerii Mokotów w Warszawie (jak dobrze, że mam do nich pięć minut drogi od mojego miejsca pracy). Przywlokłam się do nich w sumie z ciekawości, a wyszłam z cudowną paczuszką, którą do tej pory kocham nad życie – a dokładnie kocha moja skóra twarzy. Jako, że na konsultację wybrałam się po całym dniu pracy, wyglądając jak zombie, miła Pani od razu wiedziała, co mi polecić (a przy okazji powiedziała, że mam skórę jak marzenie! Whaat?!).

Czym dokładnie jest maseczka Drink Up™ Intensive? Jest to maseczka, którą nakładamy na noc, a dokładniej – zostawiamy ją na skórze na CAŁĄ NOC. Jest naprawdę cudowna i po pozostawieniu jej na całą noc na skórze, rano mamy cerę jak marzenie i to nie są żarty, to nie jest żadna ściema, to sama prawda. Uwierzcie, bo jeżeli chodzi o pielęgnację twarzy jestem bardzo wymagająca. Maseczka pachnie cudownie – owocowo – dlatego, że ma w sobie między innymi wyciąg z moreli, olej z pestek awokado. Olejki są w niej bardzo wyczuwalne i bardzo skuteczne. Pięknie nawilża skórę, regeneruje ją i relaksuje. Uwielbiam stosować ją na noc, bo kiedy ją nałożę na twarz automatycznie czuję się zrelaksowana. Moja skóra ją EWidentnie kocha, co wydać w rezultatach jej stosowania. Jeżeli macie okazję zajrzeć do sklepu Origins w Galerii Mokotów w Warszawie, to serdecznie wam ją polecam. Ogromnym plusem jest to, że konsultantki z tego sklepu zrobią wam zabieg na twarz całkowicie za darmo! Cena – około 100 zł.

SZALIK Z TOPSHOP


Mam go od niedawna, a już zebrał mnóstwo komplementów. Kocham takie ciepłe szaliki, bo jestem stworzeniem któremu wiecznie zimno. Ten zauroczył mnie swoim nietypowym kolorem. No dobra, kolor może jest typowy, ale w żadnym z innych sklepów takiego nie znalazłam. Można się nim opatulić jak eskimos, a i tak wygląda ślicznie. Kocham go! I kocham Topshop za to, że wstawił moją głupią minę na swojego Instagrama 😀 Zachęcam do podglądania ich strony! I nie, to nie jest post sponsorowany.

PERFUMY GUCCI GUILTY


Stara miłość, która pozostanie ze mną na zawsze. Bo życia sobie bez nich nie wyobrażam. Mogę śmiało napisać, że jest to zapach mojego życia. Ktoś, kto go wymyślił musiał mieć na specjalnym względzie mój zadarty i wymagający nos. Idealny i wyjątkowy zapach, bo wiążą się z nim niesamowite wspomnienia. Wielowymiarowy, bo wraz z długością „noszenia go” na skórze pojawiają się nowe nuty zapachowe. Idealny na jesień i zimę, a także na specjalne wieczory i inne tego typu okazje. Zmysłowy i elegancki, a jednocześnie słodki i dziewczęcy. A ile wspomnień przywodzi to się w głowie nie mieści. Czasami noszą go na sobie mam w głowie istne deja vu.

Główne nuty zapachowe to: mandarynka, różowy pieprz, brzoskwinia, bez, geranium, ambra, paczula.


I to na tyle moi drodzy! Miałam niezłą zabawę pisząc tego posta, zapomniałam już chyba jaką frajdę potrafi to sprawić :)

Udanego tygodnia, udanego początku grudnia!

Buziaki! Ev :) :*

Leave a Reply